Szpen napisał(a):

uważam temat IPNu za zamknięty i poraszkę Wiślaka i Jedrusia. Chcieli dobrze, ale nie wyszło. Temat zamykamy..
a tymczasem, PiS przejmuje Gazetę Polską. Koniec z wolnymi,niezależnymi mediami.
|
Rozumiem że już nie będziesz kupował

Wiem , wiem nie jest problemem lemingów że Spółki Skarbu Platformerskiego Państwa finansuja choćby Michnikową Wybiórczą, Politykę czy Krytykę Polityczną ale że opozycja wspomaga media nieprzychylne rządowi. Wiem, wiem ten pluralizm towarzyszy z SB i WSI,hehe. Napisz jeszcze o WIELKIM SKANDALU że Kaczyński wynajmuje ochronę za 100 tyś. Jak śmie się chronić ten wstrętny Kaczor i to jeszcze byłymi GROMowcami

przecież u nas w Polsce to się samobójstwa popełnia czyżby JK o tym nie wiedział ?
St@chu napisał(a):

Mam pytanie, nie jestem znawcą tematu, ale wydaje mi się, że już samo upublicznienie akcji RUCHu w 2006 roku stanowi poważny problem, jeśli chodzi o sprzedaż posiadanych przez spółkę aktywów. Co prawda kontrolę nad spółką posiada Skarb Państwa, który miał w niej wówczas bodaj 57% udziałów, ale pozostałe 43% jest w rękach akcjonariuszy prywatnych. Nie można zatem dysponować majątkiem spółki patrząc wyłącznie na interes państwa pod kątem sprawy IPN.
Zgodnie z ustawą o prywatyzacji i komercjalizacji:
Art. 19.
1. Spółka powstała w wyniku komercjalizacji, w której ponad połowa ogólnej liczby
akcji należy do Skarbu Państwa, sprzedaje składniki aktywów trwałych w rozumieniu
przepisów o rachunkowości, których wartość przekracza równowartość
w złotych kwoty 5 000 euro, w drodze przetargu, z zastrzeżeniem ust. 2 i 3.
2. Spółka, o której mowa w ust. 1, może sprzedać składniki aktywów trwałych w
rozumieniu przepisów o rachunkowości bez przeprowadzenia przetargu, za cenę
nie niższą niż 2/3 ceny wywoławczej w przypadku nieruchomości i ceny wywoławczej
w przypadku pozostałych składników aktywów trwałych, w przypadku
gdy na uprzednio ogłoszony przetarg nie wpłynęła żadna oferta.
3. Na obniżenie ceny sprzedaży składników aktywów trwałych w rozumieniu przepisów
o rachunkowości, których cena wywoławcza przekracza równowartość w
złotych kwoty 30 000 euro, wymagana jest zgoda walnego zgromadzenia.
Nie można zatem od tak wydzielić sobie i przekazać IPNowi nieruchomości. Czas na to był zanim dokonano komercjalizacji przedsiębiorstwa. Później jedyna droga, jeśli dobrze rozumiem powyższe zapisy, wiodła przez ogłoszenie przez RUCH przetargu oraz udział w nim Skarbu Państwa, który ów przetarg mógł wygrać lub nie. Cała sprawa rypła się zatem właśnie w 2006 roku lub nawet wcześniej.
Jeśli się mylę proszę wyprowadzić mnie z błędu.
|
Już wyprowadzam.
Owszem musi byc ogłoszony przetarg .Podstawowymi procedurami zamówień publicznych w Polsce są przetargi nieograniczone oraz przetargi ograniczone. Możliwe jest także realizowanie zamówień poprzez negocjacje z lub bez ogłoszenia, zapytanie o cenę, zamówienie z wolnej ręki, dialog konkurencyjny oraz aukcja elektroniczna – ale tylko w ściśle określonych w ustawie przypadkach oraz w zgodzie z dyrektywami EU
W przepisach ustawy o gospodarce nieruchomościami przewidziano cztery rodzaje (formy) przetargów:
1) ustny nieograniczony,
2) ustny ograniczony,
3) pisemny nieograniczony,
4) pisemny ograniczony.
Przetarg ograniczony jest przeprowadzany wtedy, gdy warunki przetargowe mogą być spełnione tylko przez ograniczoną liczbę podmiotów (np.
zbywana nieruchomość ma ściśle oznaczony cel, na jaki może być wykorzystana)
Jako że obiekt jest przystosowany kosztem kilkudziesięciu milionów złotych do prowadzenia ściśle określonej działalności przetarg ograniczony jest tu celowy.Mogłyby w nim wystapić własciwie tylko archiwa państwowe. Może być także zorganizowany przetarg w formie negocjacji jako że zacytowana ustawa nie definiuje czy tylko podstawowe formy przetargu sa dopuszczane. Na podstawie negocjacji może być np. wypracowana forma zamiany nieruchomości na inna równowartą co jest często praktykowane
A na deser co nam szykuje Sikorski - praktyczna likwidację Polski i powstanie Stanów Zjednoczonych Europy - polecam czytać "między wierszami "
Cytat:
Przeczytałem depeszę Polskiej Agencji Prasowej z Berlina i nie mogłem uwierzyć własnym oczom: to dzieje się znowu? Wrażenie upiornego deja vu niestety nie chciało ustąpić.
Oto znowu do stolicy Niemiec wybrał się minister Sikorski (tym razem jako jeden z gości niemieckiej narady ambasadorów razem z MSZ Belgii, swoją drogą ciekawe to zestawienie państw i kolejny dowód, że Trójkąt Weimarski to mrzonka) i znowu wygłosił brzemienne politycznie wystąpienie.
I znowu mamy ten sam problem: w czyim imieniu mówił minister Sikorski? Z kim uzgadniał treść tej "drugiej mowy berlińskiej"? Czy prezydent i premier znali jej tezy? I dlaczego, jak zwykle, parlament został przez obóz władzy poniżony jako miejsce niegodne wysłuchania nowej doktryny polityki europejskiej w wydaniu rządowym i odbycia nad nią debaty? Znowu, jako posłowie, z Berlina dowiadujemy się o celach polskiej polityki zagranicznej.
Czy taką recydywę w wydaniu ministra Sikorskiego można jeszcze tłumaczyć przypadkiem? Czy to już nowy i utrwalający się standard? Czy trzeba będzie odtąd śledzić wyjazdy ministra do Berlina, aby poznać najważniejsze założenia polityki obecnego obozu władzy (te mniej ważne minister zakomunikuje na Twitterze)? Jak nazwać państwo, które ma takiego szefa dyplomacji?
Oto bowiem w "Hołdzie Berlińskim 2" minister Sikorski zawarł tezy fundamentalne i szokujące, jeśli zważyć, iż nie odbyła się na ten temat ani jedna debata w Sejmie, ani raz nie wypowiedział się w tych sprawach prezydent, nie znane są w uchwały rządu. Znane jest za to, od zeszłego tygodnia, stanowisko kanclerz Merkel. I to właśnie to stanowisko poparł minister Sikorski. Nie stanowisko polskich ośrodków władzy, (bo jako się rzekło ono jeszcze nie istnieje), ale niemieckiej szefowej rządu.
Jak pisze w depeszy PAP: "Szef polskiego MSZ Radosław Sikorski opowiedział się w poniedziałek w Berlinie za reformą unijnych traktatów (...) Nie wykluczył dyskusji o konstytucji europejskiej. "Jeżeli chcemy być silniejsi, musimy zreformować traktaty" - powiedział Sikorski". To dokładne echo weekendowego wywiadu kanclerz Niemiec.
Potem depesza staje się jeszcze bardziej zdumiewająca: "Obecny kryzys może być też, zdaniem ministra, dobrym punktem wyjścia do dyskusji o konstytucji. Musimy jednak najpierw przekonać obywateli, że potrafimy rozwiązać ich aktualne problemy – zastrzegł szef MSZ. - Dokończmy najpierw unię fiskalno-polityczną i finansową, zanim podejmiemy kolejne polityczne kroki, które z pewnością nie będą łatwe".
Czyli jest już pozamiatane. Polska właśnie ustami swego ministra opowiedziała się za unią fiskalną i polityczną! Po co debata, eksperci, parlament i całe to demokratyczne barachło?
A potem Sikorski rozwinął skrzydła i poszedł ma całość proponując nie tylko to, co wcześniej m.in. możliwość połączenia urzędu przewodniczącego Rady Europejskiej i przewodniczącego Komisji Europejskiej oraz szefa eurogrupy (zaakcentował, że powinno się zapewnić bardziej demokratyczny wybór takiej osoby), ale także - uwaga ! szok! - opowiedział się za rozszerzeniem kwestii, w których decyzje podejmowane są większością głosów oraz wyraził opinię, że UE powinna też zastanowić się nad wspólną reprezentacją w organizacjach międzynarodowych.
I znowu - słowa te padły bez jakiejkolwiek demokratycznej legitymacji, by wygłaszać takie tezy !
I na koniec jeszcze, niezamierzony jak się wydaje, tragikomiczny element depeszy PAP.
Oto po cytatach z Sikorskiego pojawiają się w niej dwie informacje kontekstowe: po pierwsze przypomnienie, że za ożywieniem debaty o projekcie konstytucji europejskiej stoi szef niemieckiego MSZ Guido Westerwelle. Westerwelle zainicjował na wiosnę powstanie Grupy Refleksyjnej ds. Przyszłości UE, w której skład wchodzi 10 ministrów spraw zagranicznych, w tym Sikorski (to zresztą kolejny skandal w tej sprawie: na jakiej zasadzie i z czyjeś upoważnienia minister jest członkiem tej Grupy?) a po drugie, że "zdaniem eksperta niemieckiej Fundacji Bertelsmanna, Corneliusa Ochmanna, polski minister wypadł doskonale”. Przypuszczam, że ów znany analityk niemiecki nawet nie zdał sobie sprawy, że zachował się bezczelnie, a korespondent PAP nawet nie pomyślał, że nie jest chyba na miejscu, by ktoś z zagranicy oceniał polskiego ministra w tak protekcjonalnym tonie.
Wszystko to przekracza po raz kolejny granice wytrzymałości polskiego państwa. Jeszcze nie tak dawno wydawało mi się, że po 5 latach rządów PO-PSL o Polsce można mówić jako o państwie omdlalym, teraz widzę, że to nie omdlenie - nasze państwo jest ogłuszone uderzeniem tępym narzędziem w głowę.
|
a na koniec ...
http://www.youtube.com/watch?feature...v=9quPjmHw0U4#!