|
Senior Member
Offline
|
|
Cytat:
Każda instytucja, która jest w jakiś sposób zamieszana w sprawę katastrofy smoleńskiej, może niezawodnie liczyć na wsparcie "Gazety Wyborczej". Nie inaczej jest ze sprawą zniszczenia dowodu osobistego wiceministra kultury Tomasza Merty i kradzieży jego obrączki, zegarka i portfela, co zostało ujawnione i opisane przez "Nasz Dziennik".
Wczoraj "GW", opisując prokuratorskie śledztwa związane z tymi bulwersującymi zdarzeniami, zastosowała starą i przetestowaną wiele razy metodę, czyli pomniejszyła rangę tych informacji, starała się je bagatelizować, sugerując, że ktoś podnosi jakieś wydumane zarzuty. Słowem: wiele hałasu o nic. Bo to, co dla większości ludzi jest skandalem, dla "Wyborczej" jest zaledwie błędem urzędników "działających w stresie po katastrofie".
Już tytuł artykułu "Szukanie w piecu MSZ" z umieszczonym obok zdjęciem Tomasza Merty świadczy o "wrażliwości" autora i redaktorów. Zresztą policjanci nie grzebali w żadnym piecu, jak twierdzi "GW", tylko sprawdzali trawnik, gdzie mogły znajdować się resztki rzeczy należących do Tomasza Merty. A ponadto spalenie worka nie było żadnym odkryciem "GW", jak sugeruje gazeta, ale wcześniej napisał o tym "Nasz Dziennik".
Najważniejsze dla "Wyborczej" jest jednak to, aby zdyskredytować jakiekolwiek zarzuty, jakie mogłyby się pojawić wobec resortu kierowanego przez Radosława Sikorskiego. To dlatego "GW" wszelkimi sposobami stara się usprawiedliwić karygodne działania urzędników MSZ, którzy podjęli decyzję o spaleniu worka z rzeczami Tomasza Merty, nawet ich nie przeglądając, choć wiedzieli, do kogo należały. Ale gazeta ich rozgrzesza, bo podobno do przesyłki nie dołączono wykazu rzeczy, więc nikt nie wiedział, co jest w środku, a z worka "dosłownie ciekło" i czuć było paliwo lotnicze. Dopiero po telefonie do ambasady w Moskwie zorientowano się, co jest w środku, i przerwano palenie. A to, że urzędnicy nie sporządzili protokołu zniszczenia, to według "GW" tylko błąd formalny, zaś zwlekanie z wyjaśnieniem sprawy - to tylko błąd ludzki. "Wyborcza" stara się też odsunąć jakiekolwiek podejrzenia od ministra Radosława Sikorskiego, że mógł coś wiedzieć o działaniach swoich podwładnych, i przekonuje, że on dowiedział się o wszystkim kilka dni później.
No cóż, czytając relację w "GW", dochodzimy do wniosku, że w MSZ pracują ludzie nieodporni na stres, nieznający procedur, łatwo popełniający błędy, czyli mówiąc wprost - niekompetentni. I jak w tej sytuacji ma sobie dobrze radzić szef dyplomacji Radosław Sikorski, otoczony niekompetentnymi urzędnikami?
Sprawa spalenia dowodu Tomasza Merty i zaginięcia jego rzeczy osobistych może wydawać się drobnostką wobec ogromu śledztwa smoleńskiego. Ale właśnie takie drobne na pozór rzeczy najlepiej pokazują, jak państwo, jego struktury i urzędy zdały egzamin po 10 kwietnia 2010 roku. Jak ten egzamin zdało też MSZ.
|
..................
|
|