Wyświetl pojedynczy post
aNouc
Senior Member
 
Od: 04.2005

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#7051
Stary 15.03.2012, 22:05
Chciałoby się wkleić do "Aktualni pracownicy.." ale cóż.. może jeszcze przytrafi nam się taki prezes. Dla wielu osób najnormalniejszy od wejścia Telefoniki.

Cytat:
Zapraszamy do lektury wywiadu z Tadeuszem Czerwińskim.



Był najbardziej prokibicowskim prezesem w historii klubu. Wisła dla Pana Tadeusza jest całym życiem, a kibice są nie dostarczycielem gotówki, tylko pełnoprawnymi uczestnikami widowiska. Mamy nadzieję, że nasze drogi jeszcze się zejdą.



Witamy Panie Prezesie.
Witam wszystkich kibiców Wisły Kraków. Na wstępie chciałem podkreślić, że ta część Wisły zawsze była dla mnie bardzo droga i współpraca z fanami bardzo ważna. Nigdy nie miałem problemów, jeśli chodzi o współpracę z kibicami, których darzę wielkim szacunkiem i dlatego przyjąłem zaproszenie do tej rozmowy.

Czy nie uważa Pan, że działacze piłkarscy nie szanują teraz kibiców tak jak powinni?

Myślę, że jest to kwestia podejścia do kibiców. Jestem z wykształcenia prawnikiem, jak Pan wie byłem też dyplomatą i uważam, że atutem naszej współpracy była otwartość i więź międzyludzka. I dlatego, kiedy objąłem stanowisko prezesa postanowiłem sobie, że zbuduję dobre relacje z kibicami. Nie po to by się przypochlebić, ale po to by tych kibiców rozumieć. Nie można, tak jak to się ostatnio niestety dzieję, wszystkich wrzucać do jednego worka i wpędzać w czambuł. Oczywiście były sytuację różne, bo nikt nie jest aniołem, ale raczej ci, którzy się zachowywali nienajlepiej równali do tych dobrych nie na odwrót. Proszę mi wierzyć, że kiedy się coś działo niedobrego potrafiłem wyjść do kibiców i zażegnać sytuację.

Tak jak swego czasu w Poznaniu ?...

Tak. Wtedy siedziałem z Panem Ryszardem Grobelnym i kierownictwem Lecha. Zaczęły na sektorze obok latać butelki i kamienie. 3 rzędy pode mną siedział jakiś jegomość, który powiedział: „Pan reprezentuje Królewskie Miasto Kraków, co robią Pana ludzie?”. Ja odpowiedziałem mu, że to nie są moi ludzie, to są kibice Wisły, którzy zostali sprowokowani. Powiedziałem prezydentowi Grobelnemu, że ja pójdę pod sektor. Uważam, że u kibiców trzeba sobie wyrobić autorytet. Wtedy na sektorze wszystko się uspokoiło. Kiedy wróciłem na sektor Grobelny mówi: „Jaką Pan ma siłę”. Odpowiedziałem, że nie siłę, ale szacunek, na który pracowałem. O tym wydarzeniu pisały potem gazety w Poznaniu. Nie potrzeba było policji służb porządkowych… Uważam, że do każdego można dotrzeć. Była taka sytuacja, kiedy przyjechali kibice Jagielloni i Lechii. Kiedy ja zobaczyłem tych młodych ludzi, którzy żyją tą Białą Gwiazdą, a dla mnie wszystko, co się wiąże z Wisłą jest święte, bo się tu wychowałem. Uważałem, że Wisła nie zbiednieje, więc wpuszczałem tych ludzi za darmo na wolne miejsca. Ci ludzie, których kazałem wpuścić pilnowali mi potem porządku. Nie miałem z tym problemu. Każdy człowiek ma swoją ambicję, do każdego trzeba umieć trafić. Nie ma złych ludzi, ja nie wierzę w złych ludzi. Mam teraz satysfakcję, że kiedy przychodzę na Wisłę to wielu kibiców mnie pamięta. Również, dlatego, że szanowałem tych ludzi. A kibic to człowiek, który kocha ten klub. Niektórzy powiedzą, że przychodzą tylko na rozróby. Nieprawda, nie zgodzę się z tym! Nie prowokujmy kibiców, na pewno nie będzie problemów. Słyszę ciągle o ograniczeniach. Nie tędy droga, siłą nic nie zdziałamy. W nas ludziach wyzwala się agresja, kiedy ktoś do nas wychodzi z agresją. Na pewno okres współpracy z kibicami wspominam, jako jeden z najlepszych w życiu.

Jak Pan, jako prawnik odbiera kary na przykład za odpalenie racy, gdzie taka osoba może być ukarana nawet pozbawieniem wolności?

Jest to nieprzemyślane, trzeba znaleźć gradację. Nie tędy droga.

Wie Pan, że na polskich stadionach grzywnami i zakazami stadionowymi karało się kibiców już nawet za przekleństwa? Państwo traktuje kibiców, jako ludzi drugiej kategorii….

Tak to odbieram. Trzeba wypośrodkować przestępstwo i karę. Znaleźć złoty środek. Z kibicami trzeba rozmawiać, spotykać się. Uważam, że Wisła, jako klub jest dobrze zarządzany ale stworzyłbym sztab do współpracy z kibicami. Spotykać się z kibicami, na herbacie, małym piwie, nie wolno się zamykać.

Urodził się Pan w województwie lwowskim. Jak scharakteryzowałby Pan ten „lwowski rodowód”?

My Polacy jesteśmy wielkimi patriotami. Byłem dyplomatą i pracowałem w wielu krajach na świecie, gdziekolwiek usłyszałem polską, mowę cieszyłem się niesamowicie, teraz, kiedy gdzieś w Polsce widzę krakowską rejestrację serce mi mocniej bije. Co charakteryzuje lwowiaków… Są niesamowicie solidarni i dobrzy, to ludzie o miękkim sercu, jeden drugiemu zawsze pomoże, podzieli się. To charakteryzuję zresztą ludzie ze Wschodu. Pracowałem ponad 5 lat w Moskwie. Z całą otwartością pragnę powiedzieć, że dyplomacji uczyłem się od dyplomatów radzieckich. Burzę się, kiedy słyszę jak mówimy, że to Ruski, że zły… Nieprawda, to niezwykle przyjazny naród. Nie odnoszę się do władz, to nie moja bajka. Chodzi mi o ludzi, serdecznych ludzi ze Wschodu. A tych ze Lwowa szczególnie.

Przebył Pan drogę od kibica do działacza-kibica. Jak Pan wspomina swój pierwszy kontakt z Wisłą?

Było to bardzo dawno temu. Jako 15 letni chłopak uprawiałem wiele sportów w Czuwaju Przemyśl. Kiedyś w Polsce WF był na równi z matematyką, tak jak u mnie w liceum był niejaki profesor Lech, który był bardzo ostry. Ubolewam nad tym, że tak nie jest też dzisiaj. Wtedy nie było komputerów, satelity, poczty elektronicznej, ipodów. Wszyscy garnęliśmy się na boisko. Tam się integrowaliśmy. To była nasz druga szkoła. Kiedy przyjechałem do Krakowa czytałem dużo o Wiśle, Cracovii. Wtedy do Czuwaju na jeden sezon przyjechali 3 gracze:. Różankowscy i Rybicki. Byli to znani piłkarze Cracovii, którzy przyjechali do Przemyśla kończyć karierę. Była to niesamowita atrakcja. Pana Rybickiego pamiętam, jako takiego pana z brzuszkiem. Wracając do sedna sprawy. Zamieszkałem w Krakowie na ulicy Kościuszki na stancji. Najbliżej miałem na stadion Cracovii. I na jej mecz poszedłem. Po dwóch dniach grała Wisła. Poszedłem na jej mecz i tutaj zostałem… Klimat Wisły to było to. Przychodziłem na mecze Wisły. Jeździłem na wyjazdowe mecze na Śląsk na pace ciężarówki, to były wspaniałe chwile. Czuć było radość, że mogłem być blisko Wisły. Zacząłem działać. Z Przemyśla wywodził się Wiesław Langiewicz-wybitny koszykarz, podobnie jak Ryszard Niemiec. Z obydwoma chodziłem do szkoły. Rysiek to człowiek o mocnym charakterze, był solidny w nauce i na boisku, a potem bardzo dobrze spisywał się, jako dziennikarz, co robi zresztą do dziś. Rysiu jednak przeszedł do Hutnika. Wiesiu Langiewicz grał w Gwardii Wrocław i potem trafił z racji tego samego pionu do Wisły. Langiewicz było wtedy jednym z najlepszych graczy w Polsce a może i w Europie. I to mnie przyciągnęło do sekcji koszykówki Wisły. Zacząłem od noszenia wody za zawodnikami na treningach, wystawania godzinami na hali I pokochałem to. Doszedłem do stanowiska zastępcy kierownika sekcji. Poznałem wielu wspaniałych ludzi i tutaj chylę czoła przed Panem Ludwikiem Mięttą-Mikołajewiczem, który wziął mnie pod swoje skrzydła i bardzo się przy nim wiele nauczyłem. Zaprzyjaźniłem się z wieloma sportowcami, bo kiedy ludzie czują, że ktoś coś kocha, to garną do tej osoby. Wiele zawdzięczam też Panu Jurkowi Bendkowskiemu, który działał w męskiej sekcji. Kiedyś pojechałem z drużyną na turniej na Sycylię, gdzie byłem, jako kierownik ekipy. Wróciłem do Krakowa i dostałem zaproszenie na zarząd Wisły, który odbywał się w tej właśnie sali, na której siedzimy. Zaprosił mnie na niego pan Zbigniew Jabłoński-ówczesny prezes Wisły. Przeuroczy człowiek. Jeden z najbardziej oddanych sportowi ludzi. I ten pan prezes zaproponował mi stanowisko wiceprezesa do spraw kontaktów międzynarodowych. Wzięło się to z tego, że Wisła grała mecz z Celticiem Glasgow. Umiałem już wtedy dosyć dobrze mówić po angielsku. Pan Jabłoński potrzebował wtedy kogoś, kto posługuję się tym właśni językiem. I ktoś powiedział mu, że w koszykówce jest Tadzio Czerwiński. Właśnie wtedy wróciłem z wspomnianej wcześniej Sycylii, było to w poniedziałek, a we środę leciałem już do Glasgow. Przypadłem do gustu zawodnikom i Panu Jabłońskiemu i potem dostałem właśnie zaproszony na zarząd i otrzymałem to stanowisko. Byłem wiceprezesem a z racji tego, że byłem cywilem w przeciwieństwie do Pana Jabłońskiego de facto pełniłem obowiązki prezesa. Bardzo się zbliżyłem do piłkarzy. Wszyscy piłkarze doskonale pamiętają mnie z tamtych czasów. Kochałem ten klub, to, co robiłem. Wszyscy byliśmy po imieniu, ale jednocześnie był dystans, nigdy tego nie próbowali tego wykorzystać. To byli wielcy ludzie, Szymanowscy, Musiał, Kmiecik, Iwan, Budka, Kapka, Kusto, Nawałka i wielu innych. Z tych starszych, którzy wtedy już nie grali a ich pamiętam to choćby Marian Machowski, który został potem profesorem na AGH-u. Wspaniały, kulturalny człowiek.

Andrzej Iwan wydaje niebawem biografię…

Andrzej to wielki człowiek. Widziałem film o nim i o jego problemach. Znam bardzo blisko Andrzeja, to człowiek o wielkiej kulturze o niezwykłym sercu, wielkiej dobroci. Chylić przed nim czoła, że potrafił opowiedzieć o swoich problemach, które niestety ma. Bardzo go cenie.

Jak Pan wspomina swoją pracę dyplomaty. Co cechuję dobrego dyplomatę?

Pomijając przygotowanie merytoryczne, dyplomata musi być człowiekiem ciepłym, ale bardzo stanowczym. Powinien umieć wypić pół butelki z gwinta i koniak z kryształu. Musi pamiętać, że naprzeciwko siedzi też człowiek i nie wolno się dać sprowokować. Cieszy mnie to, że polonia amerykańska w Chicago, z która nie zawsze miałem po drodze, gdyż nie będę ukrywał, że byłem z tej „starej” opcji, niedawno przyznała, że byłem dyplomatą z prawdziwego zdarzenia. Powiedziała to w radio jedna z Pań redaktor, z którą miałem dosyć mocne różnice zdań. Ale pomimo tych różnic jakoś potrafiliśmy się dogadać. Nie chciałbym, aby to zostało odebrane jak chwalenie się, ale gdybym mógł cofnąć czas nic bym nie zmienił. Jeszcze raz przyszedłbym na Wisłę, wszystko zrobiłbym tak samo. I dziękuję tym ludziom, którzy mnie uczyli. Bo kiedy człowiek się od kogoś uczy to powinien tą naukę pożerać. I ja ją pożerałem.

W 2004 roku zostaje Pan prezesem Wisły. Jak Pan wspomina ten czas?

Pamiętam do dzisiaj moją prezentację na hali Wisły. Wtedy prezentowaliśmy nowych zawodników Dołączyli do nas między innymi Majdan, Kukiełka, Kłos. Na końcu, jako niespodziankę przedstawiono mnie jako nowego prezesa Wisły. Pamiętam moje przemówienie. To mnie charakteryzowało całe życie-brać odpowiedzialność za to, co się powie. Patrzę się teraz na naszych polityków, na ich obietnice bez pokrycia. Jak się oni czują, kiedy nie realizują swoich obietnic. Wtedy pamiętam trwała walka o budowę stadionu. Powiedziałem, że nie będę obiecywał cudów, ale zgadzam się, żebyście mnie rozliczyli mnie za pół roku. I wtedy spontanicznie zarzuciłem do mikrofonu okrzyk „Jazda, jazda, jazda”. Pamiętam, że wtedy hala to podchwyciła. Następnie moje spotkanie z kibicami, kiedy zrobiłem piknik za halą dla kibiców. Zorganizowałem to wtedy za własne pieniądze, bo nie sztuką jest wydawać środki klubu. Nie jestem biednym człowiekiem, żeby nie było mnie stać na 200 piw i kiełbaskę dla każdego. Zrobiłem to nie dlatego, żeby się wkupić, ale po to żeby się lepiej poznać. Wracają do sprawy stadionu. Dzięki pomocy wielu osób, w tym prezesa Miętty, wojewody małopolskiego Jerzego Adamika i generała Adama Woźniaka udało nam się sfinalizować sprawę przekazania gruntów, która trwała już prawie 7 lat. Dostaliśmy wtedy od miasta 20 milionów na budowę stadionu, ale tych pieniędzy trzeba było użyć w 2004 roku. Czas gonił nas niesamowicie i dostałem informację, że jeżeli do 1 grudnia nie rozpocznę budowy to miasto zabierze pieniądze. Nie spałem wtedy dzień i noc, bo moją ambicją było to, żeby ta budowa ruszyła. Między innymi, dlatego, żeby wywiązać się z tego, co obiecałem kibicom. Przetarg wygrała jedna firma i potem pozostałe miały dwa tygodnie na odwołanie. Jeżeli zaczęliby się odwoływać, to nie zaczęlibyśmy tej budowy. Po nocach wydzwaniałem do prezesów tych firm, które miałyby się odwoływać. Mówiłem im, że to wszystko dla Wisły, że na pewno będą podwykonawcami. I byli to chyba też kibice, nikt nie złożył odwołania i mogłem pod koniec listopada wprowadzić koparki. Mam ogromną satysfakcję, że taka malutka cegiełka w budowie tego stadionu jest moja.

Ma Pan jakiś kontakt z Bogusławem Cupiałem?

Rzadki, ale mam bardzo dobre relacje z Panem Cupiałem. Bardzo się szanujemy. Pan Cupiał wie, że zawsze jestem do dyspozycji, zawsze chętnie pomogę, doradzę. Dlaczego darzę szacunkiem Pana Cupiała?
Pomijając fakt, że on to finansuję, wiem, że ma ogromne ambicję grać w Lidze Mistrzów. Tylko jedno, „ale”. W sporcie potrzebna jest cierpliwość. Tak jak w życiu. Nie będzie cierpliwości to nie będzie sukcesów.

Brakuje cierpliwości Panu Cupiałowi?

Nie nazwałbym tak tego dosłownie. Życzę mu tego z całego serca, żeby miał drużynę w Lidze Mistrzów. Wiem, że jest to jego celem. Myślę, że gdyby w 2004 roku nie zbieg okoliczności w Tbilisi, gdzie się potknęliśmy, co absolutnie niczego nie dowodzi, gdybyśmy utrzymali drużynę z Panem Kasperczakiem, to gralibyśmy w Lidze Mistrzów za jakiś czas

Nie zabolały Pana słowa Bogusława Cupiała w jednym z wywiadów, kiedy powiedział o Panu: „Czerwiński nie przyniósł do klubu ani złotówki”. Pamięta Pan ten wywiad, prawda?

Tak. Pamiętam. Byłbym nieszczery, gdybym nie powiedział, że mnie to bardzo zabolało. Bo nie, kto inny jak ja byłem ojcem chrzestnym umowy z Erą…

Ale prezesem był wtedy Bogdan Basałaj. Tak nawet wyraził się właściciel, że to jego zasługa.

Tak, Bogdan Basałaj chodził bardzo koło tego, ale to ja organizowałem wtedy najważniejsze, kluczowe spotkania w Warszawie. Nie chcę wystawiać piersi do medalu. Ale odnośnie tego wywiadu, śmiem twierdzić, że to nie Pan Cupiał powiedział. Ja Pana Cupiała niezwykle szanuję.

Po meczu z Dinamo, oddał się Pan do dyspozycji rady nadzorczej…

Dostałem wtedy telefon, nie powiem już, od kogo. Powiedziałem sobie, że honor i nazwisko jest ważniejsze niż funkcja, bo muszę być akceptowany nie tylko przez właściciela, ale przede wszystkim, przez kibiców. Cenię kibiców tak samo po zwycięstwie jak i po porażce. Wiedziałem, że mogą mieć żal, nie do końca do mnie, ale byłem w tym kręgu. Nie są ważne pieniądze, dobre pieniądze, ważniejsze jest to, na co pracowałem całe życie. Bezpośrednio w Tbilisi oddałem się do dyspozycji rady nadzorczej. Pomimo tego z wieloma ludźmi, z tamtego czasu łączą mnie więzi przyjaźni jak chociażby z trenerem Kasperczakiem czy Kowalikiem.

Janusz Basałaj powiedział w „Przeglądzie Sportowym” kilka miesięcy po Pana odejściu, że ma Pan zakaz wstępu na Wisłę.

Było to wysoce nieodpowiedzialne. Było to wtedy, kiedy kibice skandowali moje nazwisko i Janusz Basałaj powiedział, że ja tym steruje. Wtedy zripostowałem Pana Basałaja, pisząc na pierwszej stronie tej samej gazety, że kiedy ja działałem na Wiśle Pan Basałaj nie wiedział gdzie leży Kraków. Wiem, że go to zabolało, ale nie mogłem inaczej zareagować, bo wsadzanie w moje usta rzekomego buntowania kibiców przeciw klubowi i właścicielowi było poniżej pasa.

Miał Pan pomysł restrukturyzacji finansów, zamrożenia części pensji piłkarzom. Działo się to już po meczu z Dinamo.

Tak. Wtedy to się obróciło przeciwko mnie. Rozmawiałem z każdym piłkarzem i każdy się ze mną zgodził. Byłem naprawdę szanowany, proszę się zapytać choćby Maćka Żurawskiego. Wielu z tych piłkarzy mówiło, że nie wyjdą na boisko, kiedy odejdę. Doniesiono do Pana Cupiała, że buntuję drużynę. Nie wiem, kto to doniósł, byłem na celowniku, komuś się nie podobało, że miałem świetne relacje z kibicami, że miałem dobre kontakty z mediami. Tłumaczyłem właścicielowi, że jeżeli ja nie będę nic mówił, to dziennikarze będą i tak pisać, bo są od tego. I będą pisać to, co oni chcą. Nie posądzam właściciela, myślę, że ktoś go naprowadził. To są już lata, gdzieś tam w sercu została jakaś zadra, ale najpiękniejsze jest to, że ja mogę popatrzeć wszystkim w oczy, a nie wszyscy mogą spojrzeć w oczy mnie.

Za Pana czasów nie dało się kupić biletu na mecz. Dzisiaj na mecze chodzi bardzo mało osób. Koszulkę Henryka Reymana wyciągano przy w połowie pustym stadionie. Dlaczego tak się dzieje?

Wisła gra słabo, to pierwszy czynnik. Drugi-Wisła nie jest prawdziwą Wisłą. Ilu Wiślaków gra w składzie…

Jednego z nich Patryka Małeckiego odstawiono na boczny tor.

Nie ma go już. Mam nadzieję, że wróci. Cenię Probierza, szanujemy się bardzo i mam nadzieję, że go przywróci. Wierzę, że Wisła znowu będzie wielka, że będzie tak jak kiedyś, kiedy nie było pytania czy, ale ile wygramy. A teraz ludzie się denerwują, bo męczymy 1-0. Przegrywamy mecze u siebie, ja ostatnio zażywałem krople, bo kocham ten klub.

Skreśliłby Pan Małeckiego, będąc teraz prezesem klubu?

Nie.

Dlaczego nie?

Bo do każdego trzeba umieć podejść. Na Wiśle jest mnóstwo znakomitych ludzi. Ja bym starał się spotkać z Małeckim. Porozmawiać, wysłuchać jego żalów. Powiedzieć mu jasno, że ma szansę. Nie pozbywałbym się go lekką ręką, on naprawdę umie grać i kocha Wisłę. Było w Wiśle kilka trudnych postaci…

Nikola Mijajlovic.

Znakomity człowiek. On się do mnie zwracał per Tato. Kiedy była sprawa podpisów na niższe pensje, przyszedł do mnie i pyta się: „Tato, mam podpisać?”. I podpisał. Dlatego apeluję nie rezygnujmy z Małeckiego. Dajmy mu szansę.

Jak Pan odniesie się do dymisji Bogdana Basałaja?

To są sprawy na linii Rada Nadzorcza- Basałaj. Osobiscie szanuje Pana Basałaja.

Za Pana czasów Wisła była hegemonem ligi. Czy taka supremacja jest możliwa teraz?

Trudno mi ocenić z boku. Przychodzę na mecze i nie jestem blisko tych spraw wewnątrz klubu. Jest możliwa, taka supremacja. Weźmy wczorajszy mecz Korony ze Śląskiem Wrocław. Korona bez wielkich nazwisk gra sobie fajny, szybki, wspaniały futbol. Na polską ligę idealny Nie wiem czy jest sens sięgać po wyeksplatowanych ludzi z silnych krajów piłkarskich, bo to się nie przekłada na boisko. To, że Holendrzy grają świetnie w piłkę u siebie, nie znaczy, że ich rodacy będą cudowni na Wiśle. Postawić nawet na jeden, dwa sezony na swoich, dać czas Probierzowi, nie wywalić tego człowieka po pół roku, czy roku. Dać mu ludzi, którzy będą z Wisłą związani sercem. Być może jestem fanatykiem, ale tak to widzę.

Wie Pan o ciężkiej sytuacji TS-u ?

Wiem, że jest ciężko. Byłem niedawno na zarządzie, tam zasiadają wspaniali ludzie, którzy chcą ratować ten klub. Tu się nic nie zmienia od lat. Proszę pamiętać, że TS Wisła prowadzi 12 sekcji, które nie przynoszą w większości zysków a generują koszty. Boję się czasem, że to wszystko runie. Z tego miejsca chciałbym podziękować Prezesowi Ludwikowi Mięccie-Mikołajewiczowi, Panom: Robertowi Szymańskiemu, Piotrowi Wawro i Pawłowi Lesiakowskiemu, za wszystkie starania, które czynią by ten klub wyszedł na prostą. Wierzę w to wszystko, kiedy widzę sektor na koszykówce, dla nich chce się przychodzić na mecze. Czasami to dla tych chłopaków chodzę na koszykówkę.

Chciałby Pan jeszcze raz spróbować się na stanowisku prezesa Wisły?

Byłbym nieszczery gdybym powiedział, że nie. Aczkolwiek nigdy bym nie czyhał na stanowisko innego prezesa. Ale, jeżeli byłaby taka propozycja to jestem gotowy. Bo jak coś się kocha, to się odkochać nie można.

Dziękuję za rozmowę.


Dziękuję.
SKWK
Ostatnio edytowane przez aNouc : 15.03.2012 o godz. 22:20.
Odpowiedz cytując