|
fragment wywiadu z Dyzmą na interii:
Będzie pan szkoleniowcem kadry po ME?
- Ech, najgorsze pytanie. Mam kontrakt do Euro, ale już wiem, co będę robił później. Nawet, gdybyśmy zagrali w finale. Po zakończeniu turnieju najpierw solidne wakacje, a później... Dowiecie się w lipcu.
W kadrze nie jest pan jednak w swoim żywiole, jakim pozostaje chyba praca w klubie.
- I nad tym najbardziej boleję. Brakuje mi treningów. Kombinuję jakby tu jeszcze coś dołożyć, znaleźć czas. Nieraz myślę, że obudzę moją bandę i w nocy pojedziemy na zajęcia. Nikt by nas nie widział, nikt by nie przeszkadzał. Człowiek ma wizję, chciałby coś wytrenować, a brakuje czasu. Przed meczem z Portugalią mamy dwa rozruchy i jeden lekki trening. Musimy bazować na tym, co już drużyna umie.
Porzucił pan marzenia o pracy w Bundeslidze?
- Dwa razy miałem super propozycje z Niemiec. Gdy pracowałem w Widzewie Łódź, menedżer Hansy Rostock przyjechał kupić Sławka Majaka i chciał również mnie zabrać. Ówczesny prezes Andrzej Grajewski kazał mu jednak wziąć krótki rozbieg i z całej siły walnąć w ścianę. A byli w niewielkim pomieszczeniu... Z kolei, kiedy prowadziłem Wisłę Kraków, miałem dzień na decyzję w sprawie kontraktu z Werderem Brema. Veto postawił prezes Bogusław Cupiał. Ale do trzech razy sztuka.
Żałował pan kiedyś, że zdecydował się na posadę selekcjonera?
- Nigdy. Są chwile, kiedy nie jest łatwo, bo niektórzy myślą tylko jak mi dopiec, ale nigdy nie miałem wątpliwości. I wszystko robię na sto procent, żyję tą robotą 24 godziny na dobę. Bardzo chcę z tymi chłopakami coś osiągnąć.
|