Wyświetl pojedynczy post
emj10
Senior Member
 
Od: 05.2006
Skąd: Opoczno/Warszawa

Offline

Ignoruj użytkownika Pomoc
#14912
Stary 02.01.2012, 12:39
Są też jednak dzieci 7-letnie, które nie powinny iść do szkoły, a pewnie i znajdą się takie, które w wieku 8 lat wciąż nie będą w stanie sobie w niej poradzić. Pod tym względem nie ma przebacz, gdyż zawsze znajdą się wyjątki odbiegające od reguły i trzeba jednak patrzyć przez pryzmat ogółu. Nie ma możliwości, aby z tych 300-400 tys. dzieci (nie wiem ile dokładnie, ale ten przedział), które co roku zaczynają edukację szkolną nie było kilku procent dzieci, które sobie nie poradzą w nowym środowisku. Co z takimi dziećmi zrobić? Niby jest opcja edukacji domowej, ale to też kosztuje. Brakuje takiej "poczekalni" dla dzieci, które nie poradzą sobie jeszcze w szkole, a już powinny zacząć się uczyć rzeczy, które przydadzą się w nauce szkolnej. Po roku, albo po dwóch poszłyby z opóźnieniem do szkoły i może nie miałyby już problem. Lepsze to niż miałyby się nabawić urazu do szkoły od samego początku.

Mnie razi w tym wszystkim najbardziej to, że przedszkola w latach 90-tych były na dużo wyższym poziomie niż są teraz. Nie jestem sobie w stanie wytłumaczyć dlaczego nauka w przedszkolach została ograniczona do zera kosztem czego dzieci są na przedsionku szkoły na dużo niższym poziomie rozwoju niż kiedyś. Są na to jakieś dowody naukowe, że wczesna nauka alfabetu niesie za sobą negatywne skutki? Ja robiłem działania "pod kreską" jeszcze przed szkołą i jakoś nie cofnęło mi się to później, a miałem non stop przewagę w tym elemencie nad rówieśnikami przez co wygrywało się różne konkursy matematyczne. Podobnie wyglądało to w przypadku mojej siostry.

Taka akcja do której dałeś link jest potrzebna, ale w moim odczuciu rodzice też powinni sobie uzmysłowić niektóre rzeczy.

Jak czytam tego typu wpis: "W pierwszej klasie dzieci siedziały cały dzień w ławce. Moja 7-letnia córka skarżyła się na bolącą pupę." Czy taki: "W sali jest zimno, śmierdzi stęchlizną, ze ścian odpada tynk. To pomieszczenie kwalifikuje się do piwnicy, dzieci nie mają tak godnych warunków, okno jest pod samym sufitem jak w piwnicach".To bardziej dziwię się tym rodzicom niż systemowi szkolnictwa. Nie rozumiem jak można wysłać do szkoły dziecko, gdzie w sali śmierdzi stęchlizną. Rodzic nie sprawdził dziecka do szkoły, czy nie interesowało go to gdzie pójdzie, aby tylko poszło? Tak samo ta boląca pupa dziecka to nie jest nic nienormalnego. Jak dziecko będzie siedziało pół dnia przed telewizorem to też pupa będzie bolała i samo jest sobie winne. Nie wiem czy to wina nauczycielki, że prowadzi za mało zajęć na dywanie, czy winne jest to, że dzieci nie wychodzą/boją się wychodzić na przerwy, ale zawsze było tak, że jedni sobie słabiej dawali radę w szkole, a inni gorzej. Przerabiał w szkole płaczące dzieci, które chciały do mamy, czy przypadki, że się ktoś zsikał w majtki, bo zapomniał o tym powiedzieć pani na lekcji, albo bał się zapytać czy może wyjść do łazienki. Czy winna w tym przypadkom była szkoła? Oczywiście, że nie. Rodzice, jak i przedszkola nie potrafiły przygotować dzieci wystarczająco do tego, żeby mogły sobie one poradzić samodzielnie w szkole. Załatwianie potrzeb fizjologicznych powinno być opanowane w wieku 4-5 lat, a nie ok. 7 roku życia. Nie zostało i w przyszłości będą tego konsekwencje.

Mnie podobne dylematy będą czekały pewnie za ok. 10 lat, jak nie więcej, ale na chwilę obecną miałbym problem posłać dziecko do mojej dawnej szkoły. Mam cały czas kontakt ze swoją dyrektorką i wiem jak spadł tam poziom od momentu kiedy ja kończyłem szkołę. Nauczanie początkowe niby jest na wyższym poziomie niż było kiedyś, ale czym wyższa klasa to poziom systematycznie spada. Dwie dziewczynki z rodziny kończą teraz gimnazjum i rodzice zastanawiają się, czy dostaną się one do liceum do Warszawy, gdy w przypadku moim i znajomych nie było pytania "czy" tylko do jakiej szkoły.