wislak68 napisał(a):

Abstrachując od jakości przykładu (z rzeczonej ulgi naukowcy korzystają w bardzo ograniczonym zakresie w przeciwieństwie do różnej maści "artystów" i "innych profesjonalistów" a jej przełożenie na "nakłady na naukę" jest już zupełnie iluzoryczne) wytłumacz mi proszę jak się ma zwiększenie nakładów na naukę (jak rozumiem z budżetu jeśli odwołujesz się do Gilowskiej) do Twojej definicji problemu czyli deficytu "prawdziwych liberałów"? Przecież prawdziwy liberał gdyby usłyszał że ma zwiększyć jakiekolwiek wydatki budżetowe złapał by się za głowę (no chyba że chodzi Ci o "po-liberalizm").
Podobny problem występuje przy takich rzeczach jak: małżeństwa homo, in vitro, aborcja itp. "Prawdziwy liberał" z definicji będzie za. A zatem pisząc o "prawdziwych liberałach" masz na myśli: albo coś zupełnie innego niż rzeczeni albo rozwiązaniem definiowanego przez Ciebie problemu (deficytu prawdziwego liberalizmu) powinno być oddanie władzy SLD.
|
"Prawdziwy liberał" czyli Milton Friedman i np. von Hayek (mentor Thatcher).
Kwestia liberalizmu w nauce opiera się na jej komercjalizacji i równowadze rynkowej w dostępie do wiedzy, która w naszych warunkach jest nieosiągalna. W USA są tzw. kredyty studenckie, dzięki których parchy z Wallstreet mogą spekulować cudzymi walutami - tak w skrócie.
UJ otrzymał olbrzymią dotację w zeszłym roku, ale nie zmienia to faktu, że poziom kadry naukowej złożonej ze starych profesorów, utrudniających młodym naukowcom postęp powoduje, że tamci realizują się zagranicą a nas uczą stare parchy z problemem alkoholowym, niedookreśloną orientacją seksualną albo po prostu żydzi.
Uważam że studia zaoczne to ściema, na której uczelnie tylko się pasą i finansują studia tzw "darmowe".
Swoją drogą jakby były płatne wszystkie studia (efekt skali znacznie obniżyłby poziom konieczny do osiągnięcia równowagi) to nie obyłoby się bez wykluczeń...ale może nie aż tak drastycznych jak w ujęciu Friedmana.
W Polsce jest kłopot z tzw. transferem technologii bo:
- uczelnie zajmują się nikomu nie potrzebnymi badaniami (są finansowane przez Państwo, więc nikogo nie interesuje co stare profesory wyrabiają),
- biznes nie jest zainteresowany wejściem w naukę bo "profesory" doją kasę a nic z tego nie wynika,
- kradzieże intelektualne, plagiaty - wyniki badań doktorantów są "przytulane" przez "profesurę" i ci pierwsi nie silą się specjalnie na coś odkrywczego.
- profesory chcą kasy, więc nie pracują z biznesem dla idei (pomimo państwowej pensji), wolą wysłużyć się asystentem na wykładzie - walną jeden egzamin i są zarobieni.