Zanim miasto zafundowało Legii stadion za pół miliarda, warszawski klub był w awangardzie walki z notorycznie łamiącym prawo kibolstwem. Jako jedyny usiłował zarazę wykurzyć, za co płacił fatalną atmosferą podczas meczów, wpływającą prawdopodobnie na marne wyniki piłkarzy. Aż stadion stanął i klub - ze strachu przed pustkami na trybunach - poszedł z kibolstwem na bardzo zgniły kompromis - pisze w swoim felietonie Rafał Stec.
Porzucił politykę "zero tolerancji", w zamian usłyszał mgliste obietnice, że przy Łazienkowskiej będzie kulturalniej. Legia działała pod presją polityków i/lub urzędników, którzy też obawiali się, że niska frekwencja sprowokuje do komentarzy, że wyrzucili pieniądze podatników w błoto.
I jesienią działające pod patronatem klubu kibolstwo zaczęło odzyskiwać panowanie. To kibol decydował, komu sprzedać bilet na mecz wyjazdowy, więc Legię reprezentowali w innych miastach chuligani. Komisja Ligi co rusz karała klub za rozmaite wybryki. Grzywny zgodnie ze wspomnianym zgniłym kompromisem miał płacić kibol, ale wiceprezes Leszek Miklas w grudniu nie był pewien, czy rzeczywiście płacił.
W ostatnim meczu roku 2010 kibol - wciąż niepewny, na ile może sobie pozwolić - odpalił petardy. Sprawdzał, jak zareaguje klub.
Klub nie zareagował, więc na inaugurację wiosny kibol uderzył już całą siłą ognia. Sektor zwany "żyletą" - jesienią legijny spiker wzywał resztę stadionu, by się na "żylecie" wzorował - stanął w ogniu, huku i dymu było tyle, że sędzia musiał przerwać derby Warszawy. Derby rozgrywane przy trwającym ponad (!) 90 minut wulgarnym ryku, bo legioniści i poloniści nie zwracali się do siebie inaczej niż per "k...".
Petardy spadły też na boisko, zagrażając zdrowiu piłkarzy, więc Komisja Ligi błyskawicznie podjęła jedynie słuszną decyzję. Zamknęła trybunę, która woli dymić i bluzgać niż kibicować.
Wtedy Legia - ponoć brzydząca się kibolstwem, apelująca kiedyś o cywilizacyjną zmianę na stadionach i w ogóle odnowę polskiego futbolu - wezwała na ratunek pezetpeenowski beton. Wezwała jednym głosem z kibolskim stowarzyszeniem (rzekomo reprezentującym wszystkich kibiców, w co klub uwierzył) oraz szefem stołecznego sportu Wiesławem Wilczyńskim.
Pezetpeenowski beton, który swoją pogardę dla prawa pokazuje nie tylko obojętnością na toczącą boiska korupcyjną gangrenę, oczywiście pomógł. Karę anulował, mydląc nam oczy banialukami o jej "zawieszeniu".
Działacze związkowi zareagowali w swoim stylu, Legia oraz politycy albo są naiwni i krótkowzroczni, albo żyją w odbierającym rozum lęku przed "Staruchem". Kibolskim hersztem, któremu kiedyś obiecywali, że już nigdy nie wejdzie na stadion, a ostatnio przywrócili władzę nad "żyletą". I "Staruch" z zamontowanego za zgodą klubu stołka ryczy podczas meczów (do przesłuchania na krążącym w internecie filmie reklamującym uroki "prawdziwego" kibicowania): "Nie wiem, czy część z was się zorientowała, ale jesteśmy na "żylecie". A to nie jest miejsce dla jakichś, ....a, odpicowanych małolatek, dla jakichś długowłosych, ....a, pazi, dla jakichś, ....a, gamoni. (...) Jak widzisz, że kolega obok ciebie nie śpiewa, to zajeb mu w łeb. (...) Weź tego mongoła w łeb jebnij! Weź go, do ciebie mówię. Posłuchaj: wypierdalaj, jak nie chcesz śpiewać, bo ci zajebię w łeb zaraz."
Po wczorajszej decyzji PZPN legijni szefowie i ratuszowi mogą spać spokojnie. Spisali się, im "Staruch" na razie nie zaj...
|