Ja sam znam ok. 30 osób, które studiują/studiowały na 3 kierunkach lub więcej.
Ekstremalnym przypadkiem był dziewczyna z Rzeszowa, która wpierw dostała się na medycynę na Akademii Medycznej w Warszawie i po roku wzięła dziekankę. W tym czasie zaczęła studiować Prawo na UW po czym po roku wzięła dziekankę. Pojechała wtedy na Sorbonę do Paryża gdzie zaczęła zaocznie historię sztuki jeśli się nie mylę, a w tym samym czasie skorzystała z możliwości studiów równoległym na SGH, gdzie ją poznałem. Była jeszcze na filologii angielskiej na UW (chyba wieczorowo) i planowała iść na architekturę na PW. W końcu nie wiem, czy coś skończyła, bo przeprowadziła się do Paryża i nie mam z nią kontaktu od dwóch lat, ale przez 3 lata rozpoczęła 6 kierunków.
Dobry był też typek, który był już na 4, czy 5 roku prawa w Lublinie (nie wiem czy UMCS, czy KUL) i przyszedł na SGH, gdzie pojawiał się tylko co kilka miesięcy od egzaminu do egzaminu. W tym czasie wyjechał do Londynu do pracy i zaczął tam studiować, aby zrobić jakiś dyplom w Anglii. Z tego co wiem, skończył prawo i licencjat na SGH
Takich sytuacji jest dużo więcej, sądzę że jest to kilka % wszystkich studentów, czyli ponad 100 tys. studentów w naszym kraju. Szczególnie paskudne były przypadki na SGGW, czy innych słabszych uczelniach, gdzie studiowano równolegle na 4-5 kierunkach, a tak naprawdę studiowanie polegało na przepisywaniu przedmiotów i dobieraniu sobie takiego planu nauczania, żeby różnice programowe były minimalne i przy mały nakładzie czasu otrzymywano kilka dyplomów robiąc może 1,5x zajęć zwykłego toku nauczania.
Na Politechnice Warszawskiej tego typu działania zostały już ograniczone przez utrudnienie studiowania równoległego na tej samej uczelni. Dziekani nie dają na to zgody, bo wiedzą jak studenci kombinują żeby się nie narobić, a mieć kilka dyplomów.
Przede wszystkim taki wariant z prawem i informatyką jest praktycznie niemożliwy ze względu na to, że na dobrą informatykę, czyli PW, UW, PWr, AGH i Politechnika Poznańska potrzebujesz zazwyczaj 2-3 przedmiotów ścisłych przy rekrutacji, a już przy rekrutacji na prawo zostało zużyte miejsce na historię i wos. Także takie wypadki są praktycznie niemożliwe. A nawet jak dojdzie już do takiej sytuacji to nie widzę problemu jeśli student miałby stypendium I stopnia na prawie (500-600 zł), a płacił za informatykę 600-700 zł miesięcznie.
Edukacja to inwestycja. Inwestycja w swoją przyszłość, więc musi to kosztować. Tak się dzieje praktycznie wszędzie na świecie w krajach lepiej rozwiniętych od naszego. U nas niestety postawy roszczeniowe biorą górę i zamiast dopłacać częściowo do szkolnictwa dostajemy wciąż mierne dyplomy, które na zachodzie nic nie znaczą.