http://sport.interia.pl/raport/lech-...torego,1578647,
Cytat:
Mistrz Polski traci najlepszego piłkarza za pół-darmo, a odpowiedzialny za to prezes, który 6 lat temu kierował Amicą, odwołuje się do poszanowania herbu.
Strata Sławomira Peszki za pół-darmo w najmniej oczekiwanym momencie, to największa porażka polityki transferowej Lecha Poznań.
Sławomir Peszko zagrał na nosie Lechowi i za pół miliona euro wyprowadził się do FC Koeln, bo miał w kontrakcie z mistrzem Polski klauzulę pozwalającą na taką nagłą eskapadę. "Peszkin" i jego menedżer wywalczyli, by klauzula pozwalająca na swobodne odejście pozostała w kontrakcie z Lechem nawet latem, gdy piłkarz dostał trzykrotną podwyżkę (z 20 do 60 tys. zł). Klub nie był w stanie zlikwidować klauzuli, bądź ustalić ją na rynkowych warunkach (około dwóch mln euro).
czytaj dalej
W ten sposób przeciętny klub z Bundesligi, zagrożony degradacją, lekką ręką zabiera mistrzowi Polski największą perełkę. To, że za 60-70 tys. euro miesięcznie (tyle dostanie w Kolonii Peszko) da się lepiej żyć niż za 60 tys. zł miesięcznie, jest dla mnie tak samo jasne, jak fakt, że FC Koeln nie będzie na Peszkę stawiał tak mocno, jak robiłoby to po zapłaceniu miliona, czy dwóch milionów euro. Tyle Niemcy powinni wyłożyć za najlepszego piłkarza polskiej Ekstraklasy. Koeln wzięło zawodnika "na promocji", więc nikomu ręka, ani głos nie zadrży gdy będzie zapadała decyzja o odsunięciu piłkarza od pierwszego składu po kilku ewentualnych słabszych występach.
Analizując krajowy rynek transferowy Lech najczęściej był królem polowania. Teraz poniósł porażkę, bo planowanego i intratnego odejścia Roberta Lewandowskiego do Borussi nijak nie da się porównać z nagłą eskapadą "Peszkina" do FC Koeln. Za pół miliona euro, które z tego tytułu wpłynęło do kasy klubowej można pewnie zrobić solidną imprezę na pożegnanie piłkarza, ale raczej nie uda się znaleźć jego wartościowego następcy. Strata lidera na kilka tygodni przed rywalizacją ze Sportingiem Braga, to sytuacja niekomfortowa.
Odejście Sławomira Peszko do 1. FC Koeln to największa klęska polityki transferowej Lecha Poznań. "Kolejorz" jest nie pierwszym i pewnie nie ostatnim polskim klubem, który pokutuje za to, że w negocjacjach z piłkarzem zgodził się na klauzulę odstępnego.
Zarząd klubu wywiesił białą flagę: "Nie byliśmy w stanie dłużej utrzymać w klubie Sławka". Niech to będzie nauczka dla wszystkich polskich klubów, by nie dawały się wpuszczać w klauzule odejścia.
Przed nastaniem ery Lecha na podbój Europy ruszała Wisła Kraków. Twórca jej potęgi, Bogusław Cupiał popełnił wiele błędów, ale nigdy nie zgodził się na to, by którykolwiek piłkarz miał klauzulę odejścia. - To nie do pomyślenia, żeby piłkarz mi dyktował kiedy i za ile ma odejść - podkreślał zawsze prezes Cupiał.
Cupiał sprowadzał wielkich asów: m.in. Frankowskiego, Żurawskiego, Głowackiego, Kosowskiego, Uche, Cantoro, Baszczyńskiego, Szymanowskiego, Kuźbę, Błaszczykowskiego, Marcelo i tylko ten ostatni miał klauzulę odejścia, ale dziesięciokrotnie wyższą! To Wisła dyktowała kto, kiedy i za ile ma odejść! Jeśli już korzystała z klauzul odejścia, to przy sprowadzaniu zawodników.
Przy Bułgarskiej mleko się rozlało i konieczne będą szybkie i sprawne ruchy transferowe. Słynny już Komitet Transferowy Lecha miał różne strzały. Od tych "w dziesiątkę" (Stilić, Rudnevs, Arboleda, Lewandowski, Injać, Peszko, Henriquez, Rengifo, Bandrowski), przez przeciętne, trafienia "w piątkę" (Burić, Kiełb), po bardzo słabe, totalne pudła (Chrapek, Kasprzik - każdy pozyskany za około milion złotych, a pożytku nie za wiele, Dolha, Queto, Golik i Handzić).
W imię obrony pozycji i racji Komitetu "Kolejorz" pokłócił się i w końcu rozstał z Franzem Smudą, który głośno mówił, że Golik i Handzić, to trafienia kulą w płot.
Komentując odejście Peszki prezes Lecha, Andrzej Kadziński odwołuje się do wartości wyższych - poszanowania kibiców i klubu. "Ja w ogóle nienawidzę ludzi, którzy nie identyfikują się z zespołem, za nic mają herb, który noszą na koszulce" - podkreśla w rozmowie z "Przeglądem Sportowym". Taka deklaracja brzmi dosyć obłudnie w ustach człowieka, który w 2004 r. był prezesem Amiki Wronki.
Kadziński jest sternikiem, który zamiast opowiadać rzewne i sentymentalne sentencje, powinien kierować sportowym biznesem Lecha na tyle sprawnie, by najlepszy piłkarz nie odchodził na sześć tygodni przed dwumeczem sezonu i to jeszcze za pół-darmo.
|
Dobry początek dnia 
MOMENT OF TERROR IS THE BEGINNING OF LIFE
|