|
- Przybyliśmy tu wiedząc, że będzie to ostatnia szansa dla Lecha, żeby wrócić do gry o mistrzostwo. Właśnie dlatego postawiłem na Wilka i Sobolewskiego w środku pomocy. Staraliśmy się grać blisko siebie i czekać na momenty, kiedy mogliśmy skontrować - mówił po meczu z Lechem trener Wisły, Robert Maaskant.
Staraliśmy się grać blisko siebie i czekać na kontry....
Trener drużyny aspirującej do walki o mistrzostwo (już chyba nie..), na mecz z rywalem, który zbiera od wszystkich oklep w ostatnim czasie, ustawia zespół tak jakbyśmy grali z Barceloną...
Dajcie spokój, ja wiem, że to nie on ściągnął nam tych piłkarzy, pozbył się obrony i to nie on przygotowywał zespół latem. Ale do cholery jasnej... W tej śmiesznej lidze wystarczy pressing, a nie chowanie się za podwójną gardą i liczenie na kontry i nieskuteczność rywala. Kto dzis oddaje pole gry rywalowi ten dostaje wpie***l.
Kuchenki chciały wygrać i widać to było od pierwszego gwizdka. Oklep zasłużony i Maaskant nie jest tu bez winy. Decyzje personalne pomijam, chodzi mi głównie o grę w 1 połowie, gdzie wyglądaliśmy jak Wisła Skorży na Camp Nou. Weszliśmy w ten mecz jak beniaminek ligi, grający z ekipą gromiącą rywali różnicą kilku bramek i takim też wynikiem ten mecz zakończyliśmy.
O miejscach wyższych niż 6-10 z takim nastawieniem zapomnijmy.
|