Dwie rzeczy związane z tym paskudnym miesiącem..
Dla miłośników tow. Ziuka..
Cytat:
RAZ o Piłsudskim: Plamy na pomniku
Plamy na pomniku
Przez dziesięciolecia zniewolenia w ramach narodowej psychoterapii zamienialiśmy nasze dzieje w zbiór czytanek. Wszystkie patologie tego myślenia o historii zbiegają się, niczym w soczewce, w postaci Józefa Piłsudskiego
Nie w tym problem, że Polacy nie znają swojej historii, ale w tym, że ta, którą znają, co chwilę się rwie. Wydarzenia, o których chcemy pamiętać, wyskakują z mroku nicości nagle, z przyczyn nikogo nieinteresujących, i kończą się bohaterskim akordem, po którym nie ma nic. Podobnie z jej bohaterami – pojawiają się znikąd i, jeśli nie mieli szczęścia paść na polu chwały, w nicości się roztapiają.
Książę Józef Poniatowski nie istnieje do roku 1792, potem szybko stacza kilka potyczek, inkasuje za nie Virtuti Militari i na kilkanaście lat znika, by pojawić się dopiero na czele idących na bagnety piechurów pod Raszynem. Kościuszko istnieje tylko do chwili, gdy pod Maciejowicami spada z konia; kilkanaście ostatnich lat życia litościwie usunięte zostało z narodowej historii. Podobnie jak wojskowa kariera Jana Henryka Dąbrowskiego do momentu, gdy stanął na czele legionów, albo Józefa Bema po przegranej powstania węgierskiego.
Bohater narodowego hymnu – pruski generał, wedle licznych relacji mówiący po polsku z akcentem gestapowców z serialu „Allo, allo”, albo poturczeniec, który dla wojskowej wiary wyrzekł się Boga i Najświętszej Panienki; to po prostu nie pasuje do zbioru czytanek, w który w ramach narodowej psychoterapii zamienialiśmy przez dziesięciolecia zniewolenia nasze dzieje.
Logika czytanek
Co jednak było zrozumiałe i wybaczalne w czasach kolonizacji, zdumiewa i budzi gniew w niemal 20 lat po odzyskaniu niepodległości. Tymczasem, tak jak w wielu innych dziedzinach, w naszym podejściu do historii przez te 20 lat nic się nie zmieniło. Nadal jest ona traktowana całkowicie instrumentalnie, podporządkowana bieżącym przepychankom politycznym i medialnym. Zakon jezuitów drukował kiedyś dla swych kaznodziejów tzw. egzempla – zbiory umoralniających historii czerpanych z dowolnych źródeł i traktowanych nader swobodnie. Podobną rolę pełni w naszej debacie publicznej historia, z której wedle potrzeb i uznania wycina się poszczególne wątki i postaci; dokonuje się wręcz jej partyjnego rozbioru, na mocy którego powstanie warszawskie staje się pisowskie, a Westerplatte platformerskie.
Fakt ten sam w sobie uznać by można za niezbyt istotny, za co najwyżej pewnego rodzaju śmiesznostkę toczonych nad Wisłą sporów – gdyby nie to, że logice czytanek podporządkowuje się badania historyczne, a zwłaszcza popularyzację. Strach przed naruszeniem zasad swoistej historycznej poprawności skłania badaczy, by omijać pewne postaci, a wydawców, by unikać jak ognia publikowania prac tych, którzy się na odwagę naruszenia stereotypu zdobyli.
Dotyczy to nie tylko historii najnowszej, której bohaterowie często wciąż jeszcze żyją i tworzą wpływowe lobby. Tu losy Cenckiewicza i Gontarczyka pokazują wyraźnie, że na rzetelne biografie Bronisława Geremka czy Jacka Kuronia musimy poczekać jeszcze co najmniej pół stulecia. Wszystkie patologie naszego myślenia o historii się zbiegają niczym w soczewce w postaci Józefa Piłsudskiego, postaci wielkiej współczesną niechęcią do tych, którzy go ongiś atakowali. Postaci ustawionej na cokole, ubrązowionej ponad wszelkie pojęcie. Jednym rekompensuje dzisiejsze niepowodzenia niepodległościowej orientacji, drugim służy za uniwersalną figurę retoryczną pozwalającą na przykład łatwo prześlizgiwać się nad winami Jaruzelskiego (bo przecież zamach majowy pochłonął więcej ofiar niż stan wojenny), czy bez analizowania źródeł unieważniać wszystkie niewygodne fakty z przeszłości Wałęsy (bo ten naród wredny zwykł opluwać wielkich, nawet Piłsudski nie miał lekkiego życia) – ale też bez silenia się na argumenty niszczyć porównaniem z nim wrogów (Kaczyńscy otwarcie nawiązują do sanacji i kultu Marszałka, widać, że chcieliby zniszczyć demokrację i powsadzać wszystkich do Berezy).
Rocznica non stop
Święto 11 listopada przynoszące regularnie erupcję rocznicowych czytanek o herosie bez skazy, który sam jeden przyniósł Polsce niepodległość, moglibyśmy ustanowić dniem marketingu historycznego. Piłsudski z rocznicowych tekstów przypomina Wałęsę z opowieści samego Wałęsy: wszystko wiedział najlepiej, wszystkiego dokonał, gołymi rękami, sam jeden obalił imperia, a wszyscy inni albo byli mu ślepo posłuszni, albo tylko psuli gigantowi jego wielkie dzieła.
Być może na rocznicę laurki są na miejscu. Tylko że w takim razie rocznica trwa u nas non stop. Do jakiego stopnia, dowiodło wielkie zmieszanie po wypowiedzi Normana Daviesa stwierdzającego oczywisty fakt, że Piłsudski władzę w odrodzonej Polsce zawdzięczał Niemcom i wręcz został przez nich do jej przejęcia wyznaczony. Gdyby rząd, a właściwie wojskowy wywiad niemiecki, nie wypuścił go z Magdeburga, czego bynajmniej czynić nie musiał, i nie podstawił pociągu do Warszawy (jak, nie przymierzając, Leninowi), to by się w stolicy ukształtował inny rząd przejmujący władzę nad funkcjonującymi już przecież od pewnego czasu polskimi organami administracji i „polnische Wehrmacht”.
Można oczywiście się zastanawiać – a problem jest pasjonujący – na ile powstały bez Piłsudskiego rząd, zapewne w znacznym stopniu powiązany z Dmowskim, poradziłby sobie z militarnymi wyzwaniami tamtego okresu i rewolucyjnymi nastrojami, które komendant postrzegany przez pryzmat pepeesowskiej przeszłości jakoś swą osobą łagodził. Hrabiemu Zamoyskiemu czy Grabskiemu konieczna w ówczesnej sytuacji współpraca z socjalistami wyszłaby zapewne gorzej.
Piłsudski prędzej czy później wszedłby do gry jako liczący się dowódca wojskowy, miał przecież za sobą oddanych legionistów i bojowców POW. Nie ma powodu przypuszczać, że zachowywałby się wówczas inaczej niż kilka lat wcześniej, gdy jako dowódca Pierwszej Brygady praktycznie nie uznawał nad sobą zwierzchności komendy Legionów, dając liczne dowody warcholstwa i niezdolności do współpracy z innymi politykami czy oficerami, choćby najszczerzej pragnącymi polskiej niepodległości, ale mającymi czelność inaczej oceniać sytuację. Można więc powiedzieć, że wybierając w swoim interesie Piłsudskiego jako mniejsze zło, Niemcy przy okazji wyświadczyli Polsce większe dobro. Ale nie ulega wątpliwości, że gdyby publicznie przypomniał ten fakt nie Norman Davies, ale profesor Jan Kowalski z któregoś z polskich uniwersytetów, byłby zawodowo i towarzysko skończony.
Rocznicowy Piłsudski przybywa 10 listopada z Magdeburga, można sądzić, że wydostawszy się z niego własnym przemysłem niczym hrabia Monte Christo, zostaje naczelnikiem państwa (z czyjej nominacji – któż by pytał) i odbudowuje nam ojczyznę. W przeciwieństwie do bohaterów przywołanych na początku niniejszego tekstu nie wyskakuje tak zupełnie z nicości ani w niej nie znika, bo wiemy, choć bez zbędnych szczegółów, że wcześniej tworzył polskie legiony, a jeszcze wcześniej miejską partyzantkę PPS. Wiemy też, że później podniósł rękę na demokrację i prawa człowieka, co już było mniej chwalebne, ale jednak uzasadnione, skoro jego niedemokratyczne rządy popierali wszyscy patroni dzisiejszego inteligenckiego salonu i skoro w ten sposób zamknął drogę do władzy uosabiającej wszelkie zło endecji.
Pomór oficerów
Wszystko, co ponadto, jest zbędne i nieobecne w dyskursie. Mija dziesięć lat od wydania książki Ryszarda Świętka „Lodowa ściana”, w której w sposób bardzo przekonujący – na ile mogę to stwierdzić jako amator – zebrane zostały poszlaki świadczące o wieloletniej współpracy Józefa Piłsudskiego z wywiadem Austro-Węgier. Książka wydana w niewielkim nakładzie, niewznawiana jest dziś białym krukiem i nikt się nie pokusił o zbicie poszlakowego, ale solidnie i logicznie uargumentowanego wywodu autora.
Jedyne polemiki, jakich się on doczekał, przypominały elaboraty dyskredytujące pracę badaczy archiwaliów dotyczących TW „Bolka”: nie ma podpisu Piłsudskiego na żadnym zachowanym dokumencie, więc nie ma twardych dowodów, to po co o tym mówić. Zdumiewające jest to wymaganie twardych dowodów tam, gdzie wiadomo, że były one niszczone, a świadkowie poginęli w okolicznościach jednoznacznie wskazujących na polityczne skrytobójstwo. Dotyczy to nie tylko śmierci generała Włodzimierza Ostoi-Zagórskiego, który jako swego czasu oficer c.k. wywiadu zamordowany został najprawdopodobniej dlatego właśnie, że zbyt wiele wiedział o sprawach z naszego dzisiejszego punktu widzenia łatwo wybaczalnych, ale w ówczesnej mentalności się niemieszczących, a w realiach politycznych po zamachu śmiertelnie dla dyktatora niebezpiecznych.
Sprawa Ostoi-Zagórskiego stała się głośna wskutek fuszerki zbrodniarzy i zbiegu okoliczności, które udaremniły planowanie upozorowania rzekomej ucieczki generała za granicę. Co najmniej kilkunastu wyższych oficerów Wojska Polskiego, jak również szereg świadków związanych ze zniknięciem Zagórskiego, pada w tym samym czasie ofiarą tajemniczych wypadków, zatruć pokarmowych, wreszcie mordów, wedle oficjalnej wersji, bandyckich. Szczególny pomór pada na tych, którzy mieli nieszczęście stanąć Piłsudskiemu na drodze w okresie Legionów. Skądinąd wiadomo, że pogłębiająca się z wiekiem nienawiść dyktatora do ówczesnych rywali przybierała formy obsesyjne i kompromitujące; miał na przykład zażądać od swych oficerów, aby podczas jednej z uroczystości pod Grobem Nieznanego Żołnierza otoczyli Sikorskiego, pozbawionego już wówczas jakiegokolwiek znaczenia, i obili go do krwi klamrami wojskowych pasów. Chyba nie jest to „endeckie opluwanie”, skoro przekazuje tę informację w swej autobiografii Jerzy Giedroyć, też przecież piłsudczyk. Obawiam się, że naruszająca tabu wielkiego marszałka praca Piotra Kowalskiego o generale Zagórskim, którą jako członek kapituły nagrody im. Józefa Mackiewicza miałem honor współwyróżnić za wysoki merytoryczny poziom i pionierską odwagę rozgrzebywania spraw, których ludzie rozsądni radzą nie rozgrzebywać, podzieli los „Lodowej ściany”. Odrzucona przez kilku wydawców, wydana ostatecznie w znikomym nakładzie przez niszową oficynę, zostanie najpewniej przemilczana, mimo że znakomita większość zestawionych w niej faktów dla wtajemniczonych historyków nie jest żadnym odkryciem. W końcu sprawa Zagórskiego podnoszona była wielokrotnie przez endeków, wykorzystywano ją także w antysanacyjnej propagandzie PRL, więc cokolwiek spotkało generała, w sumie tak, jakby mu się należało.
Nie wszystko komuna wymyśliła
Owo polowanie na świadków dawnych hańbiących powiązań urządzone po przejęciu władzy nie jest wszak jedyną plamą na honorze rocznicowo uwielbianego marszałka, podobnie jak nie wyczerpuje ich listy zmiażdżenie polskiego parlamentaryzmu, który mimo niedostatków konstytucji nie był bynajmniej beznadziejnie chory, pogwałcenie niezawisłości sądownictwa, proces brzeski i Bereza Kartuska ani cenzura włącznie z żenującym prawem przewidującym surowe kary za uwłaczanie jego czci.
Oczywiście prawo to ogłoszone zostało już po śmierci Marszałka, ale właśnie ono dobitnie pokazuje, jakiej, nie sposób tego nazwać inaczej, bandzie oprychów oddał on Polskę we władanie. Silni wobec zaatakowanych bojówką bezbronnych ofiar (warto jednak pamiętać o wybitym oku Nowaczyńskiego, czy skatowanym omal na śmierć Dołędze-Mostowiczu) w obliczu atakujących Niemców sanacyjni oficerowie na wyprzódki uciekali do Zaleszczyk, nierzadko pozostawiając – za co Rydz-Śmigły nie zechciał nikogo ukarać – powierzone ich dowództwu oddziały. Degeneracja obozu sanacyjnego to temat na opowieść naprawdę nieprzyjemną i nie jest wystarczającym powodem utrzymywania tabu fakt, iż o jej przejawach tak chętnie pisała peerelowska propaganda, nie wszystko bowiem jej funkcjonariusze zmyślili. Degeneracji tej zaś nie byłoby, gdyby nie szczególne zachowanie Piłsudskiego, który zdobywszy władzę dyktatorską, zwolnił się z jej sprawowania, pozostawiając sobie jedynie przyjemność rugania od czasu do czasu niespełniających jego oczekiwań nominatów, i przestawiania ich po państwowych stołkach. W praktyce zajmował się tylko sprawami wojska, zresztą ze złym dla Polski skutkiem, gdyż jako człowiek nieuznający żadnej cudzej opinii, a przy tym całkowicie zamknięty w myśleniu poprzedniej epoki, do śmierci blokował rozwój lotnictwa i broni motorowo-pancernej, na nadrobienie czego nie wystarczyło już potem czasu.
Do historycznego rachunku dopisać też trzeba Piłsudskiemu podporządkowanie państwa ludziom przeważnie niekompetentnym, co szczególnie źle odbiło się na gospodarce (wysławiany Eugeniusz Kwiatkowski budził taką nieufność, że względną swobodę działania uzyskał dopiero pod koniec rządów Piłsudskiego) poddanej doktrynie etatyzmu. Budzące z dzisiejszego punktu widzenia znacznie większy szacunek koncepcje oparte na wolnym rynku i rozwijaniu rodzimej przedsiębiorczości, szczególnie drobnej, jakie reprezentował np. Rybarski i inni endeccy ekonomiści, w demokracji parlamentarnej być może zostałyby zrealizowane i sprawiłyby szybsze wyjście Polski z kryzysu oraz jej zauważalny rozwój. Pod rządami weteranów Organizacji Bojowej PPS musiały pozostać teoretyczną ciekawostką.
Wbrew rocznicowym czytankom, odzyskanie niepodległości nie było cudem. Było uwieńczeniem starań wielu małych i wielkich, było zasługą całego pokolenia działaczy, polityków, bojowników, o pośrednich zasługach pokoleń poprzednich nie wspominając. Sposób, w jaki je dziś obchodzimy – w ślad za sanatorami, którzy dopiero po śmierci Piłsudskiego i w ścisłym związku z tworzoną wokół niego aurą ojca ojczyzny to święto ustanowili – napawa smutkiem. Jest bowiem dowodem, że w kraju o tak wątłych elitach i tak niewielkim szacunku dla siebie, co się przekłada na skłonność do irracjonalnego zawierzania charyzmatycznym wodzom i potrzebę zastępowania zbyt trudnej rzeczywistości mitologią, każdy sukces można sfałszować i przypisać jednemu środowisku, a potem jednemu uosabiającemu je przywódcy. Jest to nauka tyleż smutna, co, niestety, bardzo dziś aktualna.
Rafał A. Ziemkiewicz
|
http://www.rp.pl/artykul/222966.html
Cytat:
ROMAN DMOWSKI I JEGO WSPÓŁPRACOWNICY - nowa pozycja o przywódcy Narodowej Demokracji
Roman Dmowski wskrzesiciel Niepodległej Polski – główny autor sukcesu delegacji polskiej podczas rokowań pokojowych kończących I wojnę światową na paryskiej konferencji jest nadal postacią historyczną mało znaną szerokiemu ogółowi społecznemu, przez co różne liberalno-lewicowe ośrodki nadal kreują czarną legendę przywódcy Narodowej Demokracji narzucając mu łatkę faszysty, antysemity, szowinisty.
Konferencja zorganizowana przez Instytut Historii Uniwersytetu Opolskiego, opolski oddział Polskiego Towarzystwa Historycznego i Miejską Bibliotekę Publiczną w Opolu „Roman Dmowski i jego współpracownicy” była pierwsza tak poważną sesją naukową poświeconą temu mężowi stanu. Akces na konferencję zgłosiło 37 historyków z niemal wszystkich ośrodków naukowych Polski,
Do Opola przybyło 29 prelegentów, a mimo to program konferencji był bardzo obszerny i ciekawy dla konesera tematu. Na konferencji wystąpili znani i utytułowani badacze dziejów obozu narodowego, między innymi biograf Romana Dmowskiego prof. Krzysztof Kawalec, prof. Teresa Kulak, prof. Bogumił Grott, dr hab. Henryk Lisiak jak również młoda generacja historyków wśród których wystąpił redaktor portalu Infopatria.Pl Rafał Dobrowolski, a także Przemysław Kołtun, Jacek Misztal, Patryk Tomaszewski.
W dniu 6 grudnia w Sali Senatu UO konferencję otworzył dr Marek Białokur (autor biografii Joachima Bartoszewicza), po czym przekazał głos Rektorowi Uniwersytetu J.M. prof. Stanisławowi Nicieji. Rektor zebranym pokrótce przedstawił historię Opolskiej Alma Mater. Następnie głos zabrał w imieniu gospodarza miasta Pan Arkadiusz Karbowniak – Zastępca Prezydenta Miasta Opole, który wymienił główne zasługi bohatera opolskiej konferencji. W tym miejscu należy podkreślić dużą pomoc jaką w organizacji sesji udzielił Urząd Miasta, a w szczególności osobiste zaangażowanie prezydenta Karbowiaka. Po powitaniu przez gospodarza miasta, ponownie głos zabrał prof. Stanisław Nicieja, który zarysował sylwetkę czołowego działacza obozu narodowego z Lwowa Zdzisława Stahla, którego matka była repatriantką i po II wojnie światowej osiadła na Śląsku Opolskim, a sam bohater wykładu został pochowany w Strzelcach Opolskich.
Nie ma miejsca tutaj na referowanie wszystkich prelekcji, jednak warto przytoczyć najciekawsze tezy i zagadnienia jakie były poruszane podczas konferencji.
Kwestię stosunku do religii i wiary katolickiej zarówno samego Dmowskiego jak i pozostałych działaczy obozu politycznego Pana Romana omówili prof. Bogumił Grott, prof. Jarosław Macała oraz dr Tadeusz Krawczak przedstawiając problem z różnych perspektyw. Wszyscy prelegenci byli zgodni, iż mimo pozytywistycznych korzeni obozu narodowego, kiedy powszechny był indyferentyzm religijny, polscy narodowcy nigdy w odróżnieniu od nacjonalistów z innych państw nie przejęli postawy wrogiej wobec Kościoła i religii. Wskazali także na zwrot ku tomizmowi polskich narodowców w okresie II Rzeczpospolitej.
Warto także zatrzymać się na wystąpieniu poznańskiego badacza dra hab. Henryka Lisiaka (Romana Dmowski w świetle Dariusza Jerzego Drobnika), który ukazał osobę Romana Dmowskiego nie jako męża stanu, przywódcę, polityka, ale osobę prywatną, którą Drobnik znał ze wspólnych herbatek, obiadów odsłaniając zarówno zalety jak i wady charakterologiczne Pana Romana. Natomiast dr Marek Białokur ukazał mało znane kulisy działalności Dmowskiego i jego współpracowników podczas paryskiej konferencji pokojowej (1919-1920). Prof. Krzysztof Kawalec przedstawił stan najnowszych badań oraz nowoodkrytych źródeł dotyczących działalności Romana Dmowskiego. Dr Jan Sielezin omówił zagadnienie dotyczące obrazu Dmowskiego ujawniającego się w syntezach historii i podręcznikach szkolnych.
Spośród działaczy narodowych i współpracowników Dmowskiego przedstawiono sylwetki Jana Ludwika Popławskiego (prof. Teresa Kulak), Zdzisława Stahla (prof. Stanisław Nicieja), Tadeusza Bieleckiego i Emila Rojaka (prof. Stanisław Kilian), Tadeusza Romera (dr Beata Szubtarska), Zygmunta Wasilewskiego (mgr Lech Twardowski), Jana Rembielińskiego (mgr Jacek Misztal), Wincentego Jordana Rozwadowskiego (dr Mariusz Patelski), Adama Doboszyńskiego (mgr Przemysław Kołtun), Marii Holder Eggerowej (dr Piotr Gołdyn), natomiast Rafał Dobrowolski omówił relacje łączące osobę Romana Dmowskiego z młodzieżą obozu narodowego.
Ciekawy był dwugłos dotyczący postaw narodowców po 1945 roku prof. Krzysztofa Tarki i Jana Engelgarda (redaktor naczelny „Myśli Polskiej”). Jan Engelgard wskazał, iż nie wszyscy narodowcy przyjmowali postawę niezłomnych i teorię dwóch wrogów. Kierownictwo SN dbając o biologiczną tkankę narodu wzywało do zaprzestania działań zbrojnych przeciwko sowietom oraz podkreślali doniosły w dziejach Polski fakt odzyskania ziem na Odrze i Nysie Łużyckiej.
Reasumując konferencja naukowa „Roman Dmowski i jego współpracownicy” jaka miała miejsce w Opolu w dniach 6-7 grudnia 2007 roku była profesjonalnie zorganizowana. Duża ilość dobrze pod względem merytorycznym przygotowanych wystąpień daje iskierkę nadziei, iż stopniowo będzie się odchodzić od czarnego obrazu Romana Dmowskiego i znajdzie on godne miejsce w ojczystej historii. Będący na konferencji senior obozu narodowego Tadeusz Radwan zwrócił uwagę na bulwersujący fakt, iż w tym roku podczas centralnych obchodów święta niepodległości zorganizowanych przez Prezydenta Rzeczypospolitej dużo mówiono o działaniach komendanta Józefa Piłsudskiego, a nazwiska Romana Dmowskiego nawet nie raczono wymienić.
W OSTATNICH DNIACH WYSZEDŁ STARANIEM TORUŃSKIEGO WYDAWNICTWA ADAM MARSZAŁEK TOM PO-KONFERENCYJNY - W TOMIE ZOSTAŁY UJETE W DUKOWANEJ FORMIE ROZSZERZONE WERSJE WYGŁOSZONYCH PRZED ROKIEM W OPOLU REFERATÓW. PODAJE LINK DO PIERWSZEJ LEPSZEJ KSIĘGARNII
|
http://www.endecja.pl/wydarzenia/pokaz/314
i..
Dla przyd.... UE..
Ten "tekst" bez watpienia trza sobie chwalic... i sądze ze sobie chwala.
Cytat:
My, Stanisław August, z Bożej Łaski Król Polski, Wielki Książe Litewski et c., et c., et c.
Nie szukając w ciągu królowania naszego innych korzyści lub zamiarów, jak stać się użytecznym ojczyźnie Naszej, byliśmy także tego zdania, iż opuścić należy tron w okolicznościach, w których rozumieliśmy, że oddalenie Nasze przyłoży się do powiększenia szczęścia współziomków Naszych lub też przynajmniej umniejsza ich nieszczęścia; przekonani teraz, że pieczołowitość Nasza na nic się ojczyźnie Naszej nie przyda, kiedy nieszczęśliwa zdarzona w niej insurekcja pogrążyła ją w teraźniejszy stan zniszczenia, i rozważywszy, że środki względem przyszłego losu Polski koniecznie potrzebne z powodu naglących okoliczności, a od Najjaśniejszej Imperatorowej Wszech Rosji i innych sąsiednich mocarstw przedsięwzięte, jedynymi są do przywrócenia pokoju i spokojności współobywatelom Naszym, których dobro zawsze było najmilszym przedmiotem starań Naszych — postanowiliśmy przeto z przywiązania do spokojności publicznej oświadczyć, tak jako też niniejszym aktem najuroczyściej ogłaszamy, że wolnie i z własnej woli wyrzekamy się bez ekscepcji wszelkich praw Naszych do Korony Polskiej, do Wielkiego Księstwa Litewskiego i innych należących do nich krajów, jako też znajdujących się w nich posesji i przynależytości ; akt ten uroczysty abdykacji korony i rządu Polski w ręce Najjaśniejszej Imperatorowej Wszech Rosji składamy dobrowolnie i z tą rzetelnością, która postępowaniem Naszym w całym życiu kierowała. Zstępując z tronu, dopełniamy ostatniego obowiązku królewskiej godności, zaklinając Najjaśniejszą Imperatorową, ażeby macierzyńską swą dobroczynność na tych rozciągnęła, których królem byliśmy, i to wielkości Jej duszy działanie wielkim swym sprzymierzeńcom udzieliła. Akt niniejszy dla większego waloru podpisaliśmy i pieczęć nań Nasza wycisnąć rozkazaliśmy.
Działo się to w Grodnie dnia 25 listopada, a roku 32 panowania Naszego Stanisław August, król.
|
|