| BiałaGwiazda |
16.03.2016 23:45 |
Faktycznie patrząc przez pryzmat jego casusu w Polonii można mieć obawy,ale z drugiej strony widać po jego słowach w wywiadzie,że te doświadczenie czegoś go nauczyło i wypowiada się całkiem rozważnie i rozsądnie. Chyba nauczył się czegoś na swoich wcześniejszych błędach. Może jednak warto zaryzykować?
Warto przeczytać:
Cytat:
-Dlaczego?
-Pan wie, jak te nasze kluby grają... Podszedłem do sprawy zbyt ambicjonalnie. Chciałem osiągnąć sukces tu i teraz. Tymczasem piłkę trzeba potraktować jako wyzwanie długodystansowe. Niestety, w tamtym czasie popełniłem sporo błędów.
-Żałuje Pan swojego zaangażowania się w Polonię Warszawa?
-Z perspektywy czasu – nie. Choć na początku żałowałem, że wszedłem w piłkę. Oprócz pieniędzy straciłem trochę zdrowia i energii. Dzisiaj jednak uważam, że było warto. To był ciekawy czas, jak w szkole. Uczyłem się piłki.
-I nauczył się Pan?
-Myślę, że tak. W trakcie tych kilku lat, które spędziłem w Polonii, można by napisać pracę magisterską i zrobić doktorat. Moja nauka była o tyle wyjątkowa, że słono za nią płaciłem własnymi pieniędzmi. Uczyłem się szybko i na żywym organizmie. Traktowałem klub piłkarski jak organizację, którą da się zarządzać w sposób racjonalny, w miarę przewidywalny. Przywykłem do tego w przedsiębiorstwach, którymi kierowałem. Tymczasem piłka jest zupełnie nieobliczalna.
-Co by Pan zmienił w tamtej Polonii, patrząc z perspektywy czasu, już z chłodną głową?
-To zależy, co chciałbym osiągnąć. Gdybym chciał zrobić coś dużego, nie tylko w Polsce, przede wszystkim poszukałbym odpowiedniego trenera. Przykłady innych gier zespołowych w Polsce pokazują, że tam, gdzie mamy dobrych trenerów, tam też są wyniki.
-Za Pana rządów przez Polonię przewinęło się kilkunastu trenerów.
-Myślę, że nie ma sensu liczyć mi tych trenerów, ponieważ częste roszady są w piłce czymś normalnym. Zwłaszcza w Polsce. Nie znam szkoleniowca, który w jakimś klubie pracowałby dłużej niż dwa lata. Zresztą uważam, że trenerzy są jednym z większych handicapów naszej piłki.
-W sportach zespołowych, o których Pan wspominał, sukcesy często przychodziły wraz z pojawieniem się zagranicznych szkoleniowców.
-Dobry trener musi nie tylko znać rzemiosło, ale też specyfikę danego kraju. W Polonii też miałem trenerów z zagranicy. Dwóch Holendrów, poleconych zresztą przez Leo Beenhakkera (prowadził reprezentację Polski w latach 2006–2009 – red.). To byli bardzo dobrzy fachowcy, ale mieli złe podejście do polskich piłkarzy. Zupełnie inne niż Beenhakker, który odniósł sukces z kadrą – wywalczył awans na Euro 2008. Oni zrobili z klubu piłkarskiego kompanię karną. W końcu piłkarze sami postanowili się ich pozbyć.
-Czy mógłby Pan zarządzać klubem piłkarskim tak, jak zarządza Pan firmą?
-Nie. W J.W. Construction są procedury, schematy działania, zakresy obowiązków dla każdego pracownika. Tu nie zdarzają się rzeczy niecodzienne, nie jesteśmy zaskakiwani. W klubie piłkarskim procedur nie da się wprowadzić. Nie wszystko można wycenić. Nie da się zorganizować przetargu czy konkursu, w którym obiektywnie wybierze się korzystniejsze rozwiązanie – na przykład lepszego piłkarza na daną pozycję. Dwa jabłka można ze sobą bezstronnie porównać, dwóch zawodników już nie.
-Nie korci Pana, żeby zbudować własny zespół, zupełnie od podstaw?
-Może gdybym był młodszy... Tyle że klub piłkarski tworzą przede wszystkim kibice, jego historia i tradycja. Jeżeli nie ma kibiców, to klub jest nikomu niepotrzebny. Myślę, że Polonia, kiedy ją prowadziłem, miała najlepsze relacje z kibicami w Polsce, popsuły się dopiero pod koniec. Zdarzały się mecze, na których nie potrzebowaliśmy policyjnej ochrony, do zabezpieczenia stadionu wystarczyła tylko pomoc zewnętrznej firmy. W ciągu mojego pobytu chyba tylko raz zostaliśmy ukarani za coś, co wydarzyło się w trakcie meczu. Nie było burd na stadionie, nawet na spotkaniach z Legią.
http://life.forbes.pl/jozef-wojciech...03083,1,3.html
|
|