| dj_ibutti |
16.11.2011 12:21 |
Nie rozumiesz, że podobnie jak NFZ, WKZ ma określony budżet roczny? Że każdy wpis kosztuje i trzeba siłą rzeczy robić "gradację wartości"? Przypominam, po raz kolejny, jest to prywatna działka, na której wyburzenie wydał zgodę U.G. Zielonki. Myślisz, że w u.g. się nie orientowali co jest na tej działce?
Wniosków do pracowników konserwatora o potwierdzenie stanu ochrony przychodzi tysiące. Tutaj był mały, drastyczny w skutkach, błąd w starej dokumentacji baterii, która nie uwzględniała obecnego numeru działki. Czy wymagasz od pracownika, żeby znał na pamięć lokalizację wszelkich obiektów zabytkowych w województwie ?
Ad. kamienica - owszem, tylko nie rozumiem czemu masz pretensje do konserwatora, kiedy po raz kolejny Ci powtarzam: nielegalna nadbudowa, nie było na nią zgody. A podejście jest o tyle niebzdurne, że kamienica przy Szerokiej, za jakieś pół roku przestałaby istnieć, gdyby nie inwestor. Wolisz odbudowywanie zabytkowej tkanki, czy remont? Kraków to nie Warszawa, tutaj dba się o istniejące zabytki, a nie odbudowuje je, twierdząc że są XVI w. architekturą.
Jeszcze ciekawy post WBrzoskwinii, odnośnie T.K.
Cytat:
Za wielkie uproszczenie. Po pierwsze i zasadnicze: do poł. lat 1970-tych obowiązywała klasyfikacja zabytków i rozporządzenie, że ochroną prawną przez wpis do rej. zabytków można objąć obiekty zbudowane do 1850 r. Zniósł to wtedy prof. Zin jako ówczesny GKZ, chyba w randze wiceministra (teraz od wieków GKZ jest tylko dyr. departamentu).
Po drugie: o ile dobrze pamiętam, w 1968 zostały wpisane 2 forty, potem jeszcze jeden; dodając 13 za JJ to daje 16, czyli pozostałe 19 z 35 zostały wpisane w latach ok. 1985-1998, czyli właśnie za dwóch bezpośrednich poprzedników JJ. Pod koniec ich czasów, tj. w końcu lat 90-tych, "średnia" spadła, bo nie było na to czasu, procedura się skomplikowała, a nade wszystko: z góry ministerialnej przyszło wyraźne zalecenie, żeby zredukować wpisy do rejestru, zwłaszcza obiektów nowszych, XIX-XX-wiecznych (w 1998 r. dwie gotowe decyzje o wpisie fortów, z zamkniętymi postępowaniami, nie zostały przez WKZ podpisane właśnie z tego powodu). W tymże czasie kilkakrotnie przeprowadzano redukcje etatów w ogóle w administracji państwowej, zawsze po troszkę, i objęły one również ochronę zabytków; tymczasem zmieniła się wielkość województw. W rezultacie wszędzie, nie tylko u nas, doszło prostą konsekwencja do skupienia się służb ochrony zabytków na co ważniejszych sprawach bieżących. Jak przypuszczam, decydentom od wolnych gier inwestycyjnych właśnie w to graj: znakomita sytuacja, w której kilkunasto- czy 30-osobowa załoga wojewódzkiego urzędu ochrony zabytków, choćby się dwoiła, troiła i pracowała 48 godzin na dobę, nie jest w stanie zrealizować ogółu swoich zadań wedle prawa ustawowego. Przecież w samym Krakowie jest ponad 1000 wpisanych do rejestru, a w województwie bodaj jeszcze więcej. Innymi słowy: ci wszyscy, którzy tu piszą o kawkach urzędniczych, niech sobie najpierw zajrzą do sekretariatu WKZ i poproszą o udostępnienie książki pism przychodzących i wychodzących, bo chcą się dowiedzieć, ile pism urząd rocznie załatwia. Gdy na końcu zobaczą liczbę rzędu 8000 czy 10000 (z których większość wymaga odpowiedzi, a bardzo wielu nie da się załatwić zza biurka, lecz trzeba jechać w teren) - to wtedy będą sobie mogli wyobrazić, ile to czasu ma tam urzędnik na owe mityczne kawki, jak też będą sobie mogli wyobrazić, czy oni sami w takiej robocie, zwłaszcza po powrocie z wyjazdu deszcz nie deszcz, mróz nie mróz, albo po rozmowach z 10-ma czy 12-ma kolejnymi interesantami, potrafiliby wytrzymać 8-godzinny dzień pracy bez owej kawki bądź herbatki.
A nade wszystko: przepis ustawowy odpowiedzialnym za zabytek czyni właściciela, a nie WKZ: WKZ nie jest od tego, żeby fizycznie latami codziennie stać przy każdym zabytku, wpisanym czy nie wpisanym do rejestru, aby widzieć, czy i kiedy wjeżdżają na niego spychacze; od tego jest właściciel. I WKZ ani jego podwładny nie jest od tego, by się domyślać, co właściciel lub ktokolwiek ma naprawdę na myśli, kiedy pyta urząd, czy obiekt jest wpisany do rejestru (to czysto formalna sprawa dotycząca wyjaśnienia stanu prawnego obiektu - bo gdyby chciał np. uzgodnić inwestycję, to przysłałby jej program, albo wniosek o wytyczne, a nie zapytanie o stan prawny).
I jeszcze "drobnostka": i wcześniej, i w latach 80-90-tych, UG Zielonki (jak każdy)w ramach wytycznych i uzgodnień do planów zagospodarowania przestrzennego, jak i samych w sobie informacji, otrzymywał od WKZ wykazy zasobu zabytków (wpisanych i niewpisanych) na swoim terenie, ciągle aktualizowany; co więcej, ministerstwo od wieków właśnie w takim celu publikowało drukiem spisy zabytków; kolejny, aktualizowany, dotyczący ówczesnego woj. krakowskiego (więc i Zielonek) ukazał się bodajże w 1998 czy 2000 roku. Oczywiście bateria B2 i w tych wykazach, i w tej publikacji jest, i w wytycznych do planów zagospodarowania też zdążyła się pojawić. Skoro ustawa do ochrony zabytku zobowiązuje właściciela, skoro UG najpierw sprzedał baterię, i skoro potem wydał zezwolenie w trybie prawa budowlanego na rozbiórkę - to nie ma co udawać, że nic nie wiedział, a przede wszystkim nie ma co zwalać odpowiedzialności na WKZ - a to ponieważ ustawa nie jest jedynym instrumentem ochrony prawnej zabytku (WKZ jest od ustawy), lecz i prawo budowlane i o zagospodarowaniu przestrzennym (od tego prawa jest UG) - tylko że zamiast działać, to prawo wisi; nie jest spójne z ustawą o ochronie dziedzictwa; jak wedle prawa przed Zinem zabytek bodajże III klasy był skazany na śmierć, tak teraz skazany jest zabytek nie wpisany do rejestru. A o to też nie ma co oskarżać WKZ, bo to nie on tworzy prawo, lecz ci właśnie, którzy go oskarżają - bo to ci właśnie wybierają ludzi do sejmów i samorządów, w ogóle nie pytając ich, co zamierzają w sprawie zabytków, ani nie kierując się tym, czy i co w programach ich partii jest o zabytkach (niektóre sprawdzałem: nie ma; jest za to o inwestycjach, miejscach pracy, ochronie owszem, ale zdrowia...). Wszystko jest ważniejsze od ochrony zabytków, ale nie w tym rzecz, lecz w tym, że ona jest w ogóle nieważna, ona tylko przeszkadza w inwestycjach itd. - więc nie tylko JJ trzeba skosić, ale w ogóle zdeprecjonować funkcję urzędu WKZ jako takiego, aby jego obowiązki były marginesowe, nieistotne, aby nie miał nawet autorytetu, aby zgodnie z tym później zmienić prawo, aby docelowo już w ogóle nie było jakiejkolwiek ochrony zabytków, no, oprócz Wawelu i Sukiennic, to owszem...
Rzecz ciekawa: kiedy gdzieś wytną drzewo, jakoś nikt nie obwinia za to Woj. Konserwatora Przyrody (czy jak się ten urząd teraz nazywa), ani nie wypomina kawek jego ludziom; a kiedy pijany przejedzie człowieka na przejściu dla pieszych czy poza przejściem, jakoś nikt nie uznaje, że winien temu jest policjant albo szef najbliższego komisariatu; i nie wypomina temuż policjantowi, że wypił kawę w trakcie biurowo-komputerowej części swej pracy nad tą sprawą. Ale skoro WKZ trzeba dokopać, to kawka i bateria są po temu znakomitymi pretekstami. Szczęście, że JJ nie da się dokopać za to, że jest łysy albo że jest cyklistą... Rzeczywiście zdecydowanie inny WKZ jest w Krakowie konieczny: łysy, cyklista i wykształciuch - ale nie po to, żeby ochrona zabytków była lepsza, lecz po to, by go było za co kopać dalej i jeszcze bardziej, w ten sposób coraz bardziej kompromitując nie samą ochronę zabytków, lecz jej zakres, rozciąganie tego zakresu na zabytki inne niż Wawel i Sukiennice; no bo to inne to przecież wcale nie zabytki, to się tylko wydaje głupim ekspertom i dziewicom ochroniarskim, a przede wszystkim nie Wawel, lecz te inne przeszkadzają wolnym grom o przestrzeń, inwestycyjnym itp., tym samym: one przeszkadzają naszej wolności. I kropka.
Nie, jeszcze nie. Otóż za to, za taki stan rzeczy, odpowiadają dziennikarze bardziej niż ktokolwiek inny. To oni bowiem mają w ręku narzędzia kształtowania opinii publicznej. Gdyby media - jak to bywa w normalnych państwach - prowadziły nie powiem aż kampanię, ale nawet niewielki program, kształtujący opinię nt. zabytków naprawdę, a nie tylko sztandarowych, byłoby lepiej. Ale ich obchodzi tylko wskaźnik "oglądalności" (w gazecie pewnie "czytalności"), dla którego zwiększenia lub nawet utrzymania żadne takie programy nie mają sensu; sens ma tylko sensacja, więc ze zrąbania baterii trzeba zrobić aferę, niech ludzie dokopują. A komu i za co, to już nieważne - ważne, że ileś więcej przeczyta tę, nie inną gazetę. Niech się zatem nikt nie zastanawia, ile konserwator wziął za baterię: od wieków wiadomo, że ten urząd ma najmniejszy wpływ na cokolwiek, więc do niego nie ma potrzeby przychodzić z łapówkami. Nie nad łapówkami niech się zastanowi, lecz nad sprawą całkowicie legalną, prostą i oczywistą: jak się "czytalność" danej gazety przekłada na pieniądze ze zleceń reklamowych, a wtedy będzie wiedział, dlaczego całkowicie dobrowolnie prasa i wszelkie media zrezygnowały z czegokolwiek związanego z jakąkolwiek misją, a przestawiły się mniej lub bardziej na afery, skandale, preteksty do dokopywania.
|
|