Wywiad z pani Prezes Sarapata, z dzisiejszej GW:
Cytat:
- Zamieszanie związane z niemieckim inwestorem? Kiedy zobaczyliśmy nadesłany dokument, pomyśleliśmy: "Co to w ogóle jest?". Ale dzień później okazało się, że jesteśmy już sprzedani, że to dla Wisły superokazja, że pojawił się wspaniały inwestor, który wprowadzi klub do Ligi Mistrzów... To było przerażające - mówi Marzena Sarapata, prezes Wisły Kraków SA i Towarzystwa Sportowego Wisła.
Damian Gołąb: Jak dużo nerwów kosztowało panią zamieszanie związane z niedoszłą sprzedażą Wisły?
Marzena Sarapata: Dzisiaj trochę chce się nam z tego śmiać, ale bardzo dużo. Tyle że wszystko rozegrało się w mediach, a sprawa od początku była dosyć prosta. W piątek [21 lipca â przyp. red.], przed meczem z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza, przed godz. 16 do siedziby Towarzystwa Sportowego została dostarczona przesyłka z dokumentem podpisanym przez pana Bernatzkyâego. Widząc ją, od razu pomyśleliśmy: âTo niepoważne, co to w ogóle jest?â. Zebraliśmy się i ustaliliśmy wstępną opinię, umówiliśmy się też na spotkanie w poniedziałek.
W sobotę rano okazało się jednak, że jesteśmy już sprzedani, że to dla Wisły superokazja, że pojawił się wspaniały inwestor, który wprowadzi klub do Ligi Mistrzów... To było przerażające. Telewizja, radio, prasa â zasięg i moc była wielka. Gdy już sprawa rozegrała się w mediach, trzeba było zrobić jedno: porozumieć się z Tele-Foniką, która również była stroną w tej sprawie. Teraz wydaje się to oczywiste, zresztą dokładnie tak postąpiliśmy, ale nie spodziewałam się aż takiego hurraoptymizmu niektórych kibiców. Poziom wylanej frustracji czy wręcz hejtu na nas, jako na osoby, które będą trzymać się stołków itd., był bardzo duży. Tele-Fonika przywiozła do nas złożony u nich dokument, wykonując postanowienia umowy. Gdyby naciskała na sprzedaż klubu, za konsekwencje z tym związane zapłaciłaby Wisła Kraków. Dlatego chodziło o sprawdzanie wiarygodności partnera i oferty, której tak naprawdę nie było.
Wszystko działo się niemal dokładnie rok po przejęciu klubu przez Jakuba Meresińskiego.
â Przez rok pracy dla Wisły obserwuję zmiany właścicielskie w wielu klubach, nie tylko ekstraklasowych. Nie do końca podoba mi się sposób ich przeprowadzania. Nie chcemy do czegoś takiego dopuścić. Mamy cel, by Wisła była ogromnym klubem walczącym o najwyższe cele, i to osiągniemy. Z pomocą dużego inwestora zrobimy to szybciej. Może to wynika z serca kibica, ale nie do końca czuję sytuację, w której przychodzi obcy człowiek, niezwiązany z piłką ani klubem, i chce ârobićâ profesjonalnie Wisłę Kraków.
Ale czy nie podobnie było z Bogusławem Cupiałem?
â Nie, odpowiedzialność społeczna osoby, która prowadzi tutaj biznes i nie jest anonimowa, to zupełnie co innego. To miało sens. Akurat jestem zwolenniczką dywersyfikacji finansowania, więc wolałabym, by klub nigdy nie zależał od jednego bogatego sponsora. Taki inwestor jak pan Cupiał to jednak realny człowiek, kibic.
Dziś łatwo wyobrażać sobie wielkie pieniądze i sukcesy, które na pewno zablokuje TS, bo nie odpuści. A przecież przejmując klub, nie zyskaliśmy majątku, tylko odwrotnie. Przecież to TS ma dużo większy potencjał pod względem możliwości inwestycji niż spółka z długami. Jesteśmy w niej, bo czujemy się odpowiedzialni za Wisłę i ją kochamy. Nie ma tam eldorado, które gwarantuje nam wspaniałe życie. Nie wiem, czy ktoś chciałby zostać prezesem spółki, która ma na rachunku zajęcie komornicze i wszystkie pieniądze zarobione w ciągu weekendu meczowego po prostu znikają
Jeszcze przed zamieszaniem z ofertą z Niemiec w jednym z wywiadów powiedziała pani, że klub prowadzi rozmowy ze sponsorem, który może kilkunastokrotnie zwiększyć budżet klubu. To nadal aktualne?
â Tak. Zapowiadałam, że to będzie trwało bardzo długo. Niestety, kibicowskie serca są, jakie są, i już na drugi dzień fani pytali, kiedy wreszcie konkrety. Jeszcze ich nie ma, ale jeśli się pojawią, to będzie duża sprawa. Finalnie, po zamieszaniu wokół zmiany właściciela, w klubie zyskaliśmy wiarygodność. Bo poradziliśmy sobie z kryzysem i podobnego zamieszania już nie będzie. Teraz wszystko zależy od nas. Wisła nie jest na sprzedaż, bo nie sprzedamy jej obcemu człowiekowi. Być może pojawi się interesująca oferta, na którą zresztą pracujemy, dzięki której Wisła uzyska dofinansowanie pozwalające jej bardzo szybko stać się potęgą. Ale nie będzie to nieznany nikomu człowiek, który jednym pismem przejmie kontrolę nad 111-letnią tradycją piłkarską. Nie wierzę, że coś takiego mogłoby być wiarygodne i się udać. Po co ktoś miałby próbować przejąć klub w taki sposób?
Może np. chcieć wejść na polski rynek, wypromować się.
â OK, jeśli to wiarygodna osoba, siadamy do rozmów i zobaczymy, co z tego będzie. Widzę to tak: ktoś przychodzi i tłumaczy, jak to sobie wyobraża, jaki będzie sposób finansowania spółki. Jeżeli chcemy szybkiego sukcesu sportowego, potrzeba szybkiego doinwestowania na bardzo wysokim poziomie. Pytanie, jak taka potencjalna osoba je zapewni. Bo jeżeli miałaby to być pożyczka, może się okazać, że za pięć lat Wisła zostanie z takim długiem, że już nikt jej nie uratuje. A TS dalej będzie społecznie odpowiedzialny za to, co się wydarzyło. Zresztą to odpowiedzialność nie tylko za kibiców, ale też ludzi pracujących w klubie. To nie są przypadkowe osoby. Cały czas prowadzimy jednak rozmowy. Nie zamykamy drzwi.
Jakie długi miała spółka, kiedy przejmowało ją Towarzystwo Sportowe?
â Ok. 16 milionów złotych. Do tego dochodziły jednak rzeczy związane z utratą wiarygodności przez pana Meresińskiego. Kryzys był wielowątkowy. Zaległości wobec piłkarzy, niewypełnianie zawartych umów... Ten pan nie zarządzał klubem. Zaczęły wypływać informacje na jego temat. Proszę sobie wyobrazić, co wtedy myślą kontrahenci? Uciekają. Nikt wtedy nie wie, że przyjdzie TS i to dźwignie. Nawet TS myśli, że musi to zrobić, ale jeszcze nie wie jak.
Na jakim etapie redukcji długu jesteście? Widać jakąś datę, moment, kiedy klub âwyjdzie na zeroâ?
â Udało nam się część długu umorzyć, podpisując korzystne umowy i ugody, ale one nas obciążają. Musimy je wykonywać, to zobowiązania licencyjne. Spłacamy je w ratach. Gdyby trzeba było to zrobić w całości, nie udźwignęlibyśmy tego. Udało nam się bardzo zredukować zadłużenie wobec byłej firmy sprzedającej prawa marketingowe. To jednak comiesięczne bardzo duże obciążenie dla klubu. Ten rok w kwestii finansowania będzie kluczowy. Pieniędzy brakuje, staramy się gdzieś je znaleźć, ale ważne, że nic nas już nie zaskoczy.
A zaległości wobec miasta?
â Z miastem rozmawiamy. Musimy się dogadać. Warunkiem prowadzenia rozmów była zapłata aktualnej faktury. Wywiązaliśmy się z tego. Nie jest tak, że Wisła ma pieniądze na rachunku, a miastu nie chce zapłacić. Musimy jednak przede wszystkim wypełnić wymagania licencyjne, bo bez tego reszta nie ma sensu, bez licencji nie potrzeba nam stadionu. Z kryzysu, jaki zastaliśmy, nie da się wyjść w ciągu miesiąca.
Latem klub sprowadził dużą grupę piłkarzy. Za transfery odpowiedzialny jest dyrektor sportowy Manuel Junco. Jaki pani ma na nie wpływ?
â Jestem jego szefem. Pan dyrektor jest zatrudniony, by przedstawiać nam ciekawych zawodników i ich potencjalny wpływ na wynik drużyny, a także zajmować się transferami naszych zawodników do innych klubów. Decyzje podejmuje zarząd. Nigdy nie powiedziałam, że wiem, co wynika z faktu, jak pan piłkarz ustawia stopę. Nie mam doświadczenia w tym zakresie, choć się rozwijam (śmiech). Przede wszystkim piłkarz ma pasować do drużyny. Ale to wizja, którą uzgadnialiśmy z Manuelem Junco, gdy go zatrudnialiśmy. W pełni wywiązuje się z celu, który przed sobą postawiliśmy. Tak samo było w przypadku trenera. Musiał się dopasować do wizji drużyny, która ma być fabryką dobrych piłkarzy. I nie jest w tym momencie na takim etapie rozwoju, że może sobie pozwolić na zakup gwiazdy.
Często pani mówi, że Wisła ma być fabryką, a nie sklepem. Sięgacie jednak przede wszystkim po zagranicznych piłkarzy, młodych Polaków w składzie za wielu nie ma.
â Dlatego, że projekt, o którym mówię, jest długofalowy. Roczników, które powinny teraz wchodzić do pierwszej drużyny â 1995 i 96 â Wisła po prostu nie ma. Do czasu, aż âwyprodukujemyâ piłkarzy, będziemy grać m.in. sprowadzanymi zawodnikami. Dzięki sprawnemu departamentowi sportowemu udaje nam się to mądrze robić. Musimy wygrywać, by piłkarze chcieli dla nas grać. To z kolei ma odbudować pozycję Wisły, która jest wielką marką. Wszystko się napędza. Dzisiaj nie sięgniemy do zasobów, bo dopiero je tworzymy.
Wisła latem sprzedała Krzysztofa Mączyńskiego do Legii Warszawa. Jak dużo straciliście na tym, że mistrz Polski nie awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów?
â Umówiłam się z panem Krzysztofem, że nie będziemy rozmawiać o tym transferze. W umowie był bonus za awans Legii do Ligi Mistrzów. Pamiętam nawet, jak oglądaliśmy w biurze pierwszy mecz Legii z FK Astana. Było chyba 0:2, ucieszyłam się tak troszkę, no wie pan (śmiech)... A nasz dyrektor wykonawczy do mnie: âz czego się cieszysz, miały być pieniądze!â. Każdych trochę żal. Ale to zawsze są takie pieniądze âna wypadek, gdyby się udałoâ.
Drugi sprzedany latem piłkarz to Petar Brlek. Odszedł do Genoa CFC.
â To bardzo dobry zawodnik. Z takimi transferami nie można się spieszyć i postępować pochopnie. Wcześniej proponowane sumy nie były adekwatne do jego formy. Oferta FC Genoa była zbliżona do naszych oczekiwań.
Na co klub przeznaczy te pieniądze? Część trafiła do budżetu transferowego?
â Tak, część tych środków zasili budżet transferowy. Zmiany w klubie, o których rozmawialiśmy, pozwoliły złapać równowagę finansową, ale jeszcze nie jest idealnie. Dlatego pozostałą kwotę przeznaczymy na spłatę zobowiązań.
Od niedawna łączy pani funkcje prezesa piłkarskiej spółki i TS-u. Przybyło obowiązków?
â Jasne. Ale jednocześnie to ułatwiło komunikację między prezesami (śmiech). Myślałam, że będzie gorzej, ale mamy tutaj fajnych ludzi i dobrze to działa. Pomagamy sobie, nie ma między nami sporów, a musieliśmy się już zmierzyć z kilkoma kryzysami.
Udało się pani znaleźć osobę, która będzie odpowiedzialna za koszykówkę?
â Mamy plan, by w koszykówce również skupić się na szkoleniu młodzieży. Zależy mi, by tę sekcję sprofesjonalizować na wzór akademii piłkarskiej. Jest potencjał, drużyna co roku walczy o mistrzostwo Polski. Trzeba to wykorzystać. Mam też duże plany, może na razie bardziej marzenia, dotyczące TS-u. Nie podoba mi się okolica naszej siedziby, chciałabym, by wyglądało to inaczej.
Niedawno założyła pani konto na Twitterze.
â Miałam nigdy tego nie robić. Ale w czasie niedawnego kryzysu wiele tam się działo. Oczywiście mogłam to przeglądać, ale łatwiej jest się po prostu zalogować. Zrobiłam to, choć, jak widać, nie jestem jednak specjalnie aktywna. Nie wykluczam, że to się zmieni. To jednak duży zjadacz czasu. Wiem, że kibice woleliby, bym odpowiadała na wszystkie pytania, ale się nie da. Jak zacznę, będę musiała to kontynuować, a nie jestem w stanie. Od czasu do czasu sobie jednak obserwuję.
Dobrze odnalazła się pani w świecie piłki zdominowanym przez mężczyzn?
â Dawno temu w zarządzie TS-u też byłam jedyną kobietą. I to mężczyźni wybrali mnie na prezesa piłkarskiej spółki. Nikt nie zastanawiał się nad płcią, nawet ja. Dopiero później zderzyłam się z tym, że fakt, że jestem kobietą, to jakieś wielkie wydarzenie, sensacja. Jedna z koleżanek z innego klubu podczas spotkania bożonarodzeniowego organizowanego przez Polski Związek Piłki Nożnej zauważyła, że prezes po raz pierwszy zwrócił się do zebranych: âpanie i panowieâ (śmiech). Wiatr zmian.
*Wywiad został przeprowadzony, zanim do budynków TS Wisła weszła policja z oddziałem antyterrorystów
|
|